Jak co niedzielę, wybrałam się do rodziców na obiad. W wakacje znalazłam pracę i wyprowadziłam się do swojego mieszkania. Skończyłam 18 lat więc nie chciałam siedzieć rodzicom na głowie.
Stojąc pod drzwiami mojego domu rodzinnego zadzwoniłam kilka razy dzwonkiem. Nikt nie otwierał. Zmarszczyłam brwi. Dobrze wiedzieli, że przyjdę. Położyłam dłoń na klamce i nacisnęłam ją. Było otwarte. Dziwne...
Weszłam do ganku. Zdjęłam płaszczyk i buty. Ubrania mojej mamy były na miejscu.
Otworzyłam drzwi na korytarz. Rozejrzałam się. Nic, cisza. Na podłodze były ślady butów. Jeszcze bardziej dziwne... Moja mama nie pozwala wchodzić do domu w butach, bo dostaje szału. Kto chcę umrzeć i odważył się na coś takiego?
Usłyszałam szmery z salonu. Chciałam zawołać mamę, ale głos utkwił mi gardle. Moja niezawodna intuicja mówiła mi, że coś jest nie tak. Wyskoczyła mi nawet gęsia skórka. Widząc ją przetarłam ręce.
Chwilę zastanawiałam się, co zrobić. W końcu zdecydowałam się sprawdzić kto lub co jest w salonie. Niepewnie postawiłam pierwsze kroki. Wyprostowana niczym struna zaczęłam zbliżać się do salonu. W połowie drogi zatrzymałam się.
Spojrzałam w lustro wiszące na ścianie. Byłam blada. Bardziej blada niż zwykle. Chociaż jesstem bardzo blada. Ale koniec o mojej bladości. Byłam blada ze strachu, bo nie wiedziałam co się dzieje.
Koło lustra zauważyłam tą wielką, głupią miotłę, która zawsze zamiast stać jak należy wpadała mi pod nogi. Pod wpływem chwili wzięłam ją do ręki. Czymś się trzeba bronić, no nie?
______________________________________________
Prolog krótki i bez sensu... ;p Ale akcja bardzo szybko się rozwinie.
Mam nadzieję, że spodoba wam się moje opowiadanie i będziecie zamieszczać w komentarzach swoje opinie na jego temat. :)
xo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz