piątek, 14 czerwca 2013

10

Weszłam do kawiarenki o 8.40, równocześnie z Mike'm. Gdy wysiadałam z brązowego Range Rovera, przyglądał mi się badawczo. Pomachałam Justinowi i przywitałam się z blondynem.
-Kto to? - spytał zaciekawiony.
-Nikt ważny...
Mike otworzył przede mną szklane drzwi. Justin zdążył już odjechać. Zdjęłam z ramion płaszcz.
W sumie, nie narzekałam, że Justin podwiózł mnie do pracy. Padało i nie miałam ochoty stać w taką pogodę na przystanku. Współczułam Brianie... I pani Stevenson.
Zawsze, dzień w dzień, stała tam czekając na autobus wiozący ją na bazarek. Nic jej nie powtrzymywało - ani warunki atmosferyczne, ani choroby, ani - tym bardziej - ludzie. Prawdziwa kobieta pracująca. Bardzo ją lubiłam. Była naprawdę kochaną staruszką. Nawet, gdy jeszcze nie mieszkałam na Albert Street znałam ją. Jako dziecko przynajmniej raz odwiedzałam ją tylko po to, żeby z nią porozmawiać. Zawsze, kiedy ruch się zmniejszał pomagałam jej zwinąć towar i szłyśmy na frytki. Stare, dobre czasy...
-Nikt powiadasz? - ironiczny głos Mike'a wyrwał mnie z rozmyślań - Dobrze wiedzieć, że całujesz się z ludźmi dla ciebie nie ważnymi...
Wydęłam dolną wargę. Zgromiłam go wzrokiem. Małe buzi na pożegnanie to jeszcze nie zbrodnia... No dobra, większe niż małe.
Że też musiał akurat teraz przyleźć do tej roboty...
-O, zamknij się - machnęłam ręką nie wiedząc co mu odpowiedzieć.

On tylko zaśmiał się cicho. Przy drewnianej ladzie, którą co chwilę starannie polerował stał nasz szef Lewis. Sam na sam można się było tak do niego zwracać, ale nie lubił, gdy przy ludziach mówimy do niego po imieniu. Więc przy klientach był panem Santiago.
Miał conajmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu, spokojnie mógłby być koszykarzem. W ciągu 5 lat nieźle się dorobił na Coco Paradise. Podobno, gdzieś na obrzeżach Toronto miał jeszcze restaurację, ale nigdy nie pytaliśmy o nią. Miał 30 lat i trzymał się świetnie jak przystało na faceta w tym wieku. Był niesamowicie sympatycznym człowiekiem z poczuciem humoru. Raczej nie spotykałam go z rana, ponieważ przyjeżdżał o 8.00 przyjąć towar z cukierni, a przed 9.00 znikał. Mike był wcześniej, żeby otworzyć kawiarnię samemu, gdybyśmy się spóźniły. Mieszkał dosłownie kilka metrów od Coco Paradise.
-A co to, dzisiaj bez Briany? - mężczyzna zwrócił się do mnie.
-Nie, ona przyjedzie na 9.00; ja dzisiaj trochę wcześniej.
-Okej, to poradzicie sobie - położył klucze do kawiarni na ladzie - Kartony są na zapleczu. Miłego dnia.
Wyszedł zamykając za sobą drzwi. Poszłam przebrać się i wzięłam się za jeden z kartonów. Po chwili przyszedł Mike i pomógł wynieść mi go.
-Wracając do naszej rozmowy... - rzucił - Powiesz mi z kim przyjechałaś, czy mam pytać Briany?
Przełknęłam ślinę. Bria nic nie wiedziała. Nie chciałam, żeby się dowiedziała od niego. Im mniej ludzi wiedziało, że się znamy tym lepiej.
-Bria nic ci nie powie - położyłam karton na ladzie.
-Skąd ta pewność?
-Ona nic nie wie. Widziała go raz w życiu, wczoraj w kawiarni. Nawet nie wie jak ma na imię.
-A, to ten koleś, o którym ci mówiła? - mruknął.
-Ta...
-Zaiskrzyło, co? - uśmiechnął się szeroko.
Przygryzłam wargę. Zaiskrzyło? Gdy się całowaliśmy czułam motyle, ale czy to coś więcej? Sama nie wiem... Praktycznie go nie znałam.
-To chyba trochę za wcześnie, żeby coś o tym powiedzieć - zaczęłam wykładać jabłecznik z bitą śmietaną do lodówki pod drewnem.
Blondyn wzruszył ramionami. Również poszedł przebrać się na zaplecze. Kiedy skończyłam wykładanie ciast z kartonu, usiadłam na barowym krześle. Oparłam głowę na dłoni. W tym czasie Mike przynosił kolejne pudła i opróżniał je.
Justin. Justin. Justin, Justin. JUSTIN. Juuuuustin. Justinnnnnnnn, Justin. J U S T I N. 
Potrząsnęłam głową, żeby przestać wyśleć tylko o nim. O jego czekoladowych oczach, miękkich włosach, niesamowitym ciele, które jeszcze kilka godzin wcześniej było kilka centymetrów ode mnie. No cóż, kręcenie głową chyba na niewiele się zdało...

Mike włączył ekspres do kawy. Westchnęłam cicho. Czy to normalne, że myślałam tylko o chłopaku, którego znałam od dwóch dni i, gdy tylko go widzę całuję się z nim w najlepsze?
Z rozmyślań wyrwała mnie Bria. Nie zauważyłam jej. Popukała moje ramię prawie przyprawiając mnie o zawał. Złapałam się za pierś i odwróciłam w stronę dziewczyny.
Stała cała mokra z parasolką w dłoni. Deszcz był tak mocny, że jej loki nie były aż tak poskręcane jak zwykle. Kichnęła i oparła parasol o ladę.
-Na zdrowie - powiedział Mike z prędkością światła.
-Dziękuję. A ty - spojrzała na mnie - Czemu nie byłaś na przystanku?
-Przyjechałam trochę wcześniej. Miałam jeszcze coś do załatwienia...
Rzuciłam chłopakowi spojrzenie typu 'Ani słowa'. Skrzywił się tylko. Nie lubię okłamywać Briany, bo wiem, że jest ze mną zawsze szczera i mówi mi wszystko. Po prostu to nie było miejsce i czas.

***

Deszcz nie przestawał padać. Gdy skończyłam pracę, razem z Brią biegłyśmy na przystanek. Pół drogi z parasolem, pół niestety bez niego. Trochę się zepsuł.
No dobra, złamałam go...
Jakby tego było mało, autobus spóźnił się 20 minut, a na tym przystanku nie ma nawet dachu. Jak ma się w życiu takiego pecha jak ja to tak jest... Zawsze, kiedy jest okej i wszystko się układa coś się po prostu MUSI spieprzyć. Wymarzłam na tym przystanku jak eskimos na Antarktydzie. Stałam przytulona do Briany, która trzęsła się od nadmiaru wody na jej ciele. Nad budynkami zauważyłam błyskawicę. Co prawda, była jeszcze dosyć daleko, ale i tak miałam ciarki na plecach. A może to przez ten deszcz?
Strasznie boję się burzy. To chyba jedna z najgorszych rzeczy jakie mógł stworzyć Bóg, jeśli chodzi o pogodę. W każdej chwili taki piorun może uderzyć w drzewo, przy którym stoisz; w dom, w którym mieszkasz lub najzwyczajniej w świecie - w ciebie. A wtedy nie jest za fajnie...
Autobus wreszcie przyjechał. Wbiegłyśmy do niego przy okazji taranując ludzi wychodzących na tą straszną ulewę. Zajęłyśmy miejsca w ciepłym pojeździe. Odetchnęłam z ulgą. Briana zwinęła włosy i wycisnęła z nich sporą kałużę na podłodze. Zaśmiałam się. Brunetka oparła się wygodnie o oparcie. Kichała raz po raz i smarkała w chusteczkę. Okolice jej nosa były czerwone, a oczy błyszczały niezdrowym blaskiem.
Po kilkunastu minutach dojechałyśmy. Wysiadłyśmy i zaczęłyśmy uciekać przed deszczem do swoich domów. Gdy nasze drogi miały się rozejść, rzuciłyśmy do siebie szybkie 'Cześć' i pobiegłyśmy dalej. 
Wparowałam na klatkę schodową. Weszłam do windy, która nareszcie została naprawiona. Wcisnęłam guzik z numerem 3 i poczułam jak pudło jedzie do góry. Beżowe drzwi przede mną otworzyły się. 
Chwilę później suszyłam włosy w swojej łazience. Byłam już przebrana w suche ubrania, a tamte przemoknięte wisiały na ciepłym kaloryferze. Zrobiłam sobie ciepłą herbatę i zostawiając włosy w całkowitym nieładzie, usiadłam na fotelu wbijając wzrok w telewizor. Zakryłam się miękkim kocem w panterkę aż do piersi. Podwinęłam nogi i zaczęłam "skakać" po kanałach.
Deszcz jak padał tak padał i nie wyglądało na to, żeby miał przestać. Niedługo po 18.00 do kompletu doszła burza. Byłam zmuszona wyłączyć telewizor.
Ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiłam się.
Kto normalny łazi gdziekolwiek w taką pogodę?
Odkryłam się i poszłam otworzyć. W progu stała Bria; po raz kolejny przemoczona... Zmarszczyłam brwi.

-Co tu robisz? - spytałam.
-Przyszłam w odwiedziny.
Weszła do mieszkania zdejmując szal z szyi. Kichnęła zakrywając usta dłonią.
-Jesteś przeziębiona idiotko - wypaliłam - Nie chodź po deszczu!
-Nic mi nie będzie - uśmiechnęła się - Mnie się żadna choroba nie trzyma.
Miała rację. Co by się nie działo, ona zawsze była zdrowa. Może czasami miała katar albo kaszel, ale szybko jej przechodziło.
Usiadłyśmy w pokoju przykryte moim kocem. Gadałyśmy i śmialyśmy się w najlepsze. Burza się skończyła. Nagle Briana przypomniała mi coś bardzo istotnego.
-Pamiętasz tego chłopaka co był wczoraj w kawiarni?
-Który?
-No, ten przystojny. Gadałaś z nim.
-Ma na imię Justin - przygryzłam wargę.
-Właśnie. Spotkałam go jak szłam do ciebie. Jechał taką zajebistą furą.
A ta jak zwykle patrzy na samochody...
-No i co?

-Kazał mi przekazać, że masz wyjść o 20.00 na przystanek. Ma do ciebie jakąś sprawę...
Spojrzałam na zegarek. Była 19.30; nie miałam czasu. Pobiegłam do łazienki.
-Fajnie, że powiedziałaś mi to teraz!
-Zapomniałam, no...
Złapałam za szczotkę i zaczęłam czesać włosy. Brunetka powlokła się za mną do łazienki. W lustrze widziałam, że stoi ze skrzyżowanymi rękami i opiera się o framugę.
-Czemu nic mi nie powiedziałaś? - wyszczerzyła się - Spotykacie się?
-Boże, po prostu ma do mnie jakąś sprawę - odwróciłam głowę - To pewnie nic wielkiego...
-Cara, mnie nie musisz mydlić oczu - podeszła do mnie - Powiesz mi czy mam zapytać jego?
Zacisnęłam usta. Spojrzałam na nią. Przypomniałam sobie słowa Justina sprzed dwóch dni. Udawaj, że się nie znamy. Nie wiesz kim jestem, ok? Po co kazał Brianie przekazywać cokolwiek mnie skoro niby się nie znamy? Nie miałam pojęcia co powiedzieć przyjaciółce w tej sytuacji... Obiecałam, że będę dyskretna. Spuściłam głowę. Bria otworzyła lekko usta.
-Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć?
-Nie mogę... - szepnęłam.
-Nie możesz? Możesz, najzwyczajniej w świecie nie chcesz.
-Bria, to nie tak. Powiem ci kiedyś.
-Kiedyś? - zirytowała się - Nie ufasz mi?
-Ufam, oczywiście, że ufam. Po prostu... - westchnęłam - Rozmawiałam z nim raz, wtedy w kawiarni.
Skłamałam. Po raz kolejny.
Przygryzłam wnętrze policzka. Brunetka stała nieruchomo wpatrując się we mnie. Wiedziałam, że wyczuła moje kłamstwo... Przyjaźniłyśmy się, od kiedy skończyłyśmy 10 lat. Znała mnie bardziej niż ktokolwiek inny. Czasami miałąm wrażenie, że nawet bardziej niż ja.
Zacisnęła zęby. Była zła. Dotąd nie ukrywałyśmy przed sobą niczego. Ale to było zanim pojawił się Justin... Odwróciła się na pięcie i wyszła z łazienki. Zabrała swoje rzeczy, po czym opuściła mieszkanie trzaskając drzwiami. Usiadłam na podłodze opierając głowę o chłodne kafelki na ścianie.
Justin, jeśli spieprzysz moją przyjaźń z Brianą, znienawidzę cię.

___________________________________

Krótki rozdział, ale napisałam go w jakąś godzinę. xd To wszystko w przypływie radości.
Możecie mi pogratulować, ponieważ ZDAŁAM Z CHEMII. ashjfnekgkeggnmjsj
Okej, a więc: nauka na ten rok szkolny się skończyła. W każdym razie, jak dla mnie... Być może uda mi się wstawiać rozdziały częściej. ;)
Co Justin mógł chcieć od Caroline? Piszcie w komentarzu, co przewidujecie.
Wszelkie pytania zadawajcie na moim Asku, bądź Tumblrze (follow=follow tak btw). Odpowiadam na wszystko.
xoxo.

3 komentarze:

  1. no no gratuluje chemii ;) szkoda ze taki krotki ten rozdzial ale wazne ze ciekawy, bla bla bla...noo i mam pustke co moze byc w nast rozdziale. Dlatego licze ze szybko dodasz nn i mnie oswiecisz xXx

    OdpowiedzUsuń
  2. CHCĘ DŁUGICH ROZDZIAŁÓW !!!! PROSZĘ ;)
    ZAJEBISTY <33333
    1-4-3 :)

    OdpowiedzUsuń