-Dokąd jedziesz? - spytałam.
-Obchodzi cię to? - warknął.
-Tak, obchodzi. Po to pytam.
Zirytował mnie. Znowu.
-Może bardziej obchodziłoby cię, gdyby zamiast mnie był tu Charlie - przewrócił oczami.
Zmarszczyłam brwi. Justin przyspieszył. Oparłam się o fotel.
-O co ci chodzi, do cholery? - wyrzuciłam ręce w powietrze - Robisz mi tu jakieś sceny!
-Widziałem jak na niego patrzyłaś...
-A co to, już patrzeć nie wolno?! Po za tym, nie rozumiem cię... Przecież my nawet nie jesteśmy razem. Nic nas nie łączy Justin!
Szatyn gwałtownie zahamował. Tym razem pas uchronił mnie przed nabiciem sobie guza. Dobrze, że akurat po jezdni nie jeździły żadne auta, bo byłaby wielka kraksa...
Co jest kurwa?!
Byłam zła. I to bardzo. Justin zachowywał się jak dziecko. Robił mi wyrzuty o patrzenie na Charliego?! Przegięcie... Nie był moim chłopakiem ani nawet przyjacielem czy kolegą. Był znajomym, z którym pocałowałam się raz lub dwa. No dobra, więcej niż dwa... Przy okazji, to, że uratował mi dupę dosłownie nie wymazywało mi pamięci do dwóch dni wstecz. Prawie mnie zastrzelił. Za dużo jak na 2 dni...
-Co ty wyprawiasz?! - wybuchnęłam - Popierdoliło cię?! Chcesz nas zabić?
-Nie krzycz mi prosto w twarz, bo tego nie zniosę! Mam ci zakleić ryj taśmą jak Andre czy sama się zamkniesz?
-Może jeszcze wycelujesz mi pistolet w skroń, hm?! - pomyślałam głośno.
Od razu tego pożałowałam. Tak właśnie zrobił. Otworzyłam lekko usta. Czułam, że pobladłam. Znów to samo... Że też nie potrafię trzymać języka za zębami!
-Dobrze wiesz, że nie chcę tego robić - syknął.
Widziałam jak jego oczy pociemniały ze wściekłości. Przełknęłam ślinę.
-To, dlaczego to robisz? - wydusiłam ledwo.
Głos mi się załamywał. Zimny, przeładowany pistolet przy głowie to nic miłego. Nie polecam.
Serce biło mi jak szalone. Każdego dnia muszę drżeć o własne życie? Na to wygląda. Chłopak nie odpowiedział mi na pytanie. Zaciskał zęby i oddychał głośno. Widziałam jak mięśnie w jego rękach pulsowały. Gdy był zły nie różnił się niczym od tykającej bomby. Lepiej się nic nie odzywać, bo może to być odwrócone przeciwko tobie. Albo najzwyczajniej w świecie, stracisz czucie, powiedzmy w nogach. Ewentualnie, do wyboru jest także utrata głowy wraz z szyją. Nie chciałabym być facetem. Zawsze byłam przekonana, że to przy nich Justin nie powstrzymywał się przed niczym.
Szatyn powoli się uspokajał. Schował broń i odwrócił się w stronę kierownicy. Pochylił się nad nią opierając czoło na dłoni.
-Przepraszam... - powiedział.
Nadal nie rozumiałam o co mu chodziło. Podejrzewałam u niego jakąś chorobę związaną z wahaniami nastroju. Jak inaczej możnaby coś takiego wytłumaczyć? Był głupi czy tylko udawał?
-Co jest z tobą nie tak? - zastanawiałam się na głos.
-Sam nie wiem... Czasami tak się zachowuję.
-Zauważyłam - mruknęłam - Zastanawia mnie tylko jedna rzecz...
Spojrzał na mnie wyczekująco. Przeczesał włosy palcami.
-Czy ty... Jesteś zazdrosny? No wiesz, chodzi o Charliego.
-Nie, nie, no coś ty... - pokręcił głową - Coś mi po prostu strzeliło do głowy. Masz przecież rację, n i c nas nie łączy...
Ostatnie słowa wypowiedział z lekką goryczą. Westchnął cicho i oparł się o kierownicę. Uniosłam w górę brew pytająco.
-Okeeej - podsumowałam zamykając temat - Więc... Gdzie jedziemy?
-Złożymy wizytę twoim rodzicom.
***
Ja potrafię zrozumieć wszystko - praca, trzeba długi spłacać i w ogóle. Ale kurna, jeśli on myśli, że ja będę patrzeć jak nęka moich rodziców to się myli! Po kiego zabiera mnie ze sobą?
Po drodze nie wypowiadałam się na ten temat, bo zaczęłoby się 'To moja praca'; 'Nie mam wyboru'. Za to zastanawiałam się, czym był spowodowany wcześniejszy wybuch Justina. Zazdrość?
Nieee, o co miałby być zazdrosny?
Złość?
W sumie to o co? Ja przecież nic nie zrobiłam...
A może... Przeszło mi to przez myśl - zakochał się biedaczek.?
Bez przesady... W dwa dni?
Aż mi się śmiać chciało. On i ja? Nigdy w życiu! Nie chciałam być z... kimś takim. Powiedzmy sobie szczerze: windykator czychający na twoje życie, gdy tylko coś mu się nie spodoba to niezbyt dobry materiał na chłopaka. W każdym razie, nie dla mnie. Ale jak kto woli...
Po 20 minutach byliśmy na miejscu. Nie wiedziałam jak się zachować. Powiedzieć mu 'powodzenia' na odchodne? Bez przesady... 'A, żeby cię gliny złapały'? Mam serce, nawet jeśli chodzi o takich typków.
-Zaczekaj tu - usłyszałam po raz kolejny tego wieczoru.
Oparłam się wygodnie o drzwi Bugatti będąc myślami z moimi rodzicami. Kilka minut później, drzwi mojego domu rodzinnego otworzyły się z hukiem. Wyrwało mnie to z zamyślenia. Mój tata wylądował na masce, za nim stał Justin i celował w niego pistoletem. Zupełnie jak z Andre... Najwyraźniej, tak właśnie windykatorzy rozprawiali się z "ofiarami". Wciągnęłam mocno powietrze nosem. Chciałam rzucić się tacie na pomoc, ale co ja mogłam? Wyprostowałam się i nie spuszczałam wzroku z sytuacji przede mną.
-Widzisz ją? - usłyszałam Justina - Patrz kto siedzi w samochodzie, na które nigdy w życiu nie będzie cię stać! Poznajesz?
Pochylił się nad nim. Przejechał bronią po uchu mojego taty, który niemo wołał mnie o pomoc. Byłam bliska płaczu. Tak bardzo chciałam pomóc.
-Tak, to twoja córka. Lepiej szybko spłać swój dług albo będziesz się z nią żegnał - chłopak zaśmiał się szyderczo.
Zwrócił na mnie swój wzrok. Pokręciłam głową dając mu znak, że przesadził. Nie chciałam, żeby rodzice myśleli czy już czasami nie leżę gdzieś w rowie całkiem martwa.
-Albo może najpierw zajmę się nią jakoś inaczej... - dodał Justin ciszej.
Na szczęście - bądź też nieszczęście - mam dobry słuch i usłyszałam to. Odpięłam pas i wyskoczyłam z auta. Rzuciłam się do szatyna.
-Justin! Wystarczy! Proszę, przestań!
Chciałam go odciągnąć od ojca, ale on odepchnął mnie lekko, uważając, żeby nie zrobić mi krzywdy. Nawet nie zauważyłam, kiedy łzy zaczęły ściekać po moich policzkach. Chłopak zdawał się je ignorować. Wiedziałam, że, gdyby zwrócił na nie większą uwagę, wymiękłby. A to spieprzyłoby mu robotę. Cóż, jak widać lubię psuć różne rzeczy.
-Justin, - zaszlochałam - zostaw go... Błagam!
-Bądź cicho - syknął starając się być twardym.
-Spłacę wszystko za nich, tylko przestań!
Okej, tego nie przemyślałam... Szatyn przygryzł wargę. Nie mógł znieść mojego cierpienia przez to, czego byłam świadkiem.
-Caroline, nie wtrącaj się, proszę - szepnął mój tata - Nie chcę, żeby stała ci się krzywda.
-Już mi się prawie stała - spojrzałam z goryczą na Justina.
Nie wytrzymał. Odepchnął mojego ojca na ziemię i podszedł do mnie. Objął mnie ramionami trzymając pistolet za moimi plecami.
-Ile jeszcze muszę cię przepraszać Caroline? - spytał cicho.
Musnął mój policzek i schował głowę między moją szyją a barkiem. Oplotłam rękami jego kark. Zacisnęłam powieki, aby zatrzymać łzy. W tym czasie mój tata podniósł się z ziemi i pociągnął Justina za kurtkę. On zszokowany nacisnął na spust pistoletu i wystrzelił w chodnik. Prawie dostałam zawału. Bałam się, że kula trafi kogoś z naszej trójki.
-Zostaw ją! - krzyknął mój rodziciel uderzając szatyna w brzuch.
Broń upadła na ziemię. Ja stałam drżąc. Moje serce chciało wyskoczyć mi z piersi. Przyglądałam się jak dwójka facetów przede mną okłada się pięściami. Czułam się jak sparaliżowana.
-Nie mieszaj w to gówno mojej córki - tata splunął krwią - Ona niczemu nie jest winna!
Chłopak uniknął ataku, ale z następnym ciosem prosto w twarz już mu się nie udało.
-Człowieku, czy ja jej coś zrobiłem?! - złapał się za otłuczoną głowę - Chyba oślepłeś!
-Nie będziesz jej dotykał, zrozumiałeś? - syknął mój ojciec przy twarzy Justina.
Trzymał go blisko siebie, za ramiona. Chłopak zachwiał się.
Boże, gdyby się dowiedział, że spaliśmy w jednym łóżku...
Szatyn odepchnął mężczyznę i butem przysunął do siebie pistolet. Szybkim ruchem złapał ją w dłoń i wycelował w mojego tatę.
-A ty nie będziesz podskakiwał MNIE - przeładował pistolet z wściekłością.
Już miał strzelać. Obudziłam się z "transu" i wpadłam w panikę.
-NIE! - podbiegłam do Justina i złapałam go z tyłu.
Zebrałam w sobie wszystkie siły, jakie tylko miałam. Odwróciłam go lekko do siebie. Wyrwałam pistolet i wycelowałam w jego właściciela. Moje ręce trzęsły się niczym galaretka w lodówce. Przełknęłam ślinę. Wszyscy byli w szoku, łącznie ze mną.
-Ręce w górę - syknęłam.
Szatyn wykonał moje polecenie. Poczułam, że to teraz ja mam nad nim przewagę. Uśmiechęłam się pod nosem.
-Na kolana śmieciu! - ryknęłam, powtarzając jego słowa z poprzedniego dnia.
Po raz kolejny zrobił to, co kazałam. Nie spuszczał wzroku z moich oczu. Złapałam broń w dwie ręce, żeby nie zrobić czegoś bezmyślnie. Zniżyłam go odrobinę i zbliżyłam do twarzy Justina. Jego włosy były zmierzwione, czoło przecięte; na lewym oku pojawiała się "śliwa", a z warg i nosa leciała krew. Mój ojciec nie wyglądał lepiej...
-Nie zrobisz tego shawty... - szepnął chłopak.
-Cisza! - starałam się zachowywac jak on - Mam przestrzelić ci łeb?!
Był bardzo zdziwiony. Nie wiedział jak ma się zachował. Przykucnęłam przy nim i zmrużyłam oczy. Pogłaskałam pistoletem jego nos.
-Tato, - odezwałam się po chwili - idź do domu.
-Skarbie, dasz sobie radę? - nie wiedział co może powiedzieć innego.
W sumie, nie dziwiłam się... Nie na codzień widzi się własną córkę z pistoletem gotowym do strzału w dłoni.
-A czy kiedyś nie dałam? - spojrzałam na niego kątem oka.
Wzruszył ramionami i wolnym krokiem udał się do domu. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi. Przygryzłam wnętrze policzka.
-Zamiana ról, co? - zaśmiałam się.
-Nic mi nie zrobisz - uśmiechnął się pewny siebie.
-Skąd wiesz?
-Nie jesteś taka.
-Kobieta zmienną jest... - zaczęłam oglądać pistolet dookoła niego.
Pierwszy raz w życiu miałam coś takiego w rękach. Bałam się, że w każdej chwili mogę wystrzelić, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Starałam się zachowywać spokój i równowagę. Justin lekko złapał moje nadgarstki.
-Zostaw - warknęłam ostrzegawczo.
Zacisnęłam dłoń na pistolecie. Natychmiast cofnął dłonie.
-Oj, przestań już. Skończmy to przedstawienie i zawiozę cię do domu.
-Myślisz, że się zgrywam? - spojrzałam na niego najpoważniej, jak potrafiłam.
Przejechał palcami po moich ramieniu. Przeszedł mnie dreszcz. Odetchnęłam cicho.
-Mogłeś być bardziej ostrożniejszy. Nawet w stosunku do dziewczyny...
-Tak, wiem. Jesteś niebiezpieczna, co?
-Nawet bardzo - przekręciłam głowę.
-Patrz, przy tobie straciłem czujność.
Uśmiechnęłam się półgębkiem. Chciał mnie złapać na swoje teksty. Dobre sobie... Jeździłam bronią po jego umięśnionej klatce piersiowej.
-Co ty robisz? - zapytał.
-Bawię się tobą.
-Może po prostu od razu mnie pocałuj?
Zmarszczyłam brwi. Myślał, że mnie ma? Niedoczekanie. Już chciał się do mnie zbliżyć, ale wstałam.
-Dzięki za propozycję, nie jestem wampirem - zironizowałam.
Przetarł wargi dłonią. Dopiero teraz zauważył krew. Rzuciłam obok niego pistolet. Złapał go szybko i schował.
-Wstawaj, jedziemy - zarządziłam.
-Ależ oczywiście - odpowiedział zmysłowym głosem.
________________________________________________
20 dni bez rozdziału... Cały czas was tylko przepraszam. :( Jestem okropna.
Przez jakiś czas nie miałam weny. Przyszła, gdy wyjechałam na 3-dniową wycieczkę i nie miałam jak napisać czegokolwiek. Potem nie miałam pomysłu jak sformułować swoje myśli. Ale dzisiaj wreszcie siadłam, no i jest.
Podoba się? Mam nadzieję. :) Czekam na opinie.
Tymczasem, od jakiegoś czasu mam fazę na komedie romantyczne. :D Macie jakieś fajne do polecenia?
xoxo.
moze i dobrze ze tak dlugo nie dodawalas (w sumie baaardzo zle) ale ten rozdzi wyszedl ci genialnie i brak mi slow <3<3 do nastepnego xxx
OdpowiedzUsuńBożeeeee *..* Jestem taką zła dziewczynką xD hahah Proszę proszę proszę taaak na moje imieniny daj długiiii rozdział PROSZĘ !! ;***** Koooocham Cię !
OdpowiedzUsuńPs. Jeszcze raz dziękuję z płytę Justina ;***