Następnego dnia, czyli w poniedziałek, poszłam na przystanek, aby jechać do pracy. Briana już tam była. Wiedziała, że stoję niedaleko niej, ale nie odezwała się. Ba, nawet nie odwróciła wzroku w moją stronę. Chwilę po mnie zjawiła się pani Stevenson ze swoimi torbami. Położyła je na ziemi i przywitała mnie ciepłym uśmiechem. Odwzajemniłam gest. Spojrzałam ukradkiem na Brię.
-Coś między wami jest nie tak... - stwierdziła staruszka.
Pokiwałam powoli głową. Jak to jest, że ona zawsze miała rację? Zaraz wyskoczy mi z tą sobotnią imprezą...
-Obraziła się na ciebie? - zapytała cicho.
-Tak - mruknęłam - Powiedzmy, że... Nie do końca byłam z nią szczera.
Autobus przyjechał na przystanek. Ludzie zaczęli do niego wsiadać.
-Może powiedz jej całą prawdę i spróbuj ją jakoś udobruchać - powiedziała na odchodne pani Stevenson i złapała za swoje torby.
Sama na to wpadłam...
Problem nie tkwił we mnie, tylko w niej. Ja próbowałam, po prostu ona nie chciała słyszeć moich słów, które kierowałam w jej stronę. Powoli działało mi to na nerwy...
***
Dzień jak codzień. Ruch był dość duży, ale około 15.00 zrobiło się spokojniej. Briana jak zwykle unikała mnie. Myślałam, że dostanę szału. Przestało mi to być obojętne.
-Nie, dosyć tego! - zdenerwowałam się, kiedy brunetka znów ominęła mnie bez słowa.
Odwróciła się do mnie i zmarszczyła brwi. Złapałam ją za ramię i wręcz siłą zaciągnęłam na zaplecze. Zamknęłam drzwi i stanęłam nad nią krzyżując ręce. Usiadła na krzesełku.
-Wystarczy! - warknęłam.
-Po co mnie tu wywlekłaś? Jesteśmy w pracy!
-Tak, tylko w pracy mam z tobą jakiś kontakt! Mam dość tego, że od prawie tygodnia obrażasz się o niewiadomo co!
-Niewiadomo co?! Caroline, od kiedy poznałaś tego Justina mam wrażenie, że oddalamy się od siebie.
Zacisnęłam usta. To nieprawda! Nieprawda, no nie? Tak mi się wydaję...
-Po prostu - westchnęłam - chciałabym, żebyśmy się pogodziły...
Zapadła cisza. Wbiłam wzrok w podłogę.
-No dobra... - usłyszałam w końcu cichy głos brunetki - Ale odpowiedz mi na jedno pytanie.
-Jakie?
-Czemu nie chcesz mi powiedzieć nic o tobie i Justinie?
-Naprawdę nie mogę... - przeczesałam włosy palcami.
Dziewczyna wstała i przytuliła mnie. Stałyśmy w uścisku dobrą minutę. Zrobiło mi się lżej na sercu z myślą, że wszystko między nami jest okej.
-Cara?
-Yhm?
-Kiedy już będziesz mogła, to powiesz, prawda?
Oderwałam się od niej i spojrzałam na nią.
-Oczywiście - uśmiechnęłam się.
Wyszłyśmy z pomieszczenia. Mike stał przy ladzie i polerował ją szmatką. Gdy nas zauważył zaprzestał wykonywania czynności
-I co? Pogodzone? - uśmiechnął się szeroko.
Obie pokiwałyśmy głowami.
-To dobrze, - oparł łokcie na ladzie - bo w sobotę organizuję imprezę, na którą jesteście oczywiście zaproszone. Nie chciałbym, żebyście się kłóciły czy coś.
Wygląda na to, że teraz będę imprezować w każdą sobotę...
Zacisnęłam usta. To nieprawda! Nieprawda, no nie? Tak mi się wydaję...
-Po prostu - westchnęłam - chciałabym, żebyśmy się pogodziły...
Zapadła cisza. Wbiłam wzrok w podłogę.
-No dobra... - usłyszałam w końcu cichy głos brunetki - Ale odpowiedz mi na jedno pytanie.
-Jakie?
-Czemu nie chcesz mi powiedzieć nic o tobie i Justinie?
-Naprawdę nie mogę... - przeczesałam włosy palcami.
Dziewczyna wstała i przytuliła mnie. Stałyśmy w uścisku dobrą minutę. Zrobiło mi się lżej na sercu z myślą, że wszystko między nami jest okej.
-Cara?
-Yhm?
-Kiedy już będziesz mogła, to powiesz, prawda?
Oderwałam się od niej i spojrzałam na nią.
-Oczywiście - uśmiechnęłam się.
Wyszłyśmy z pomieszczenia. Mike stał przy ladzie i polerował ją szmatką. Gdy nas zauważył zaprzestał wykonywania czynności
-I co? Pogodzone? - uśmiechnął się szeroko.
Obie pokiwałyśmy głowami.
-To dobrze, - oparł łokcie na ladzie - bo w sobotę organizuję imprezę, na którą jesteście oczywiście zaproszone. Nie chciałbym, żebyście się kłóciły czy coś.
Wygląda na to, że teraz będę imprezować w każdą sobotę...
***
Siedziałam wieczorem przy laptopie nie mając nic lepszego do roboty. Około 20.00 usłyszałam pukanie do drzwi. Niechętnie zwlekłam się z kanapy, zawinięta w koc, ponieważ jak zwykle było mi zimno. Jestem zmarzluchem od urodzenia. Podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Moim oczom ukazał się Justin. Miał lekko spuszczoną głowę; gdy otworzyłam zwrócił swój uwodzicielski wzrok na mnie i uśmiechnął się. Zdziwiłam się. Nie spodziewałam się go...
Właściwie to nie widzieliśmy się od kilku dni. Myślałam, że w końcu dał mi spokój, ale najwyraźniej się myliłam.
-Hej shawty.
Nie zdążyłam powiedzieć słowa, a on wszedł do domu.
-Dawno się nie widzieliśmy - dodał wchodząc do pokoju.
Najwyraźniej czuł się tu jak u siebie w domu. W sumie, zbytnio mi to nie przeszkadzało... Poszłam za nim.
-Nie odzywałeś się ani nic, więc się nie widzieliśmy - wzruszyłam ramionami.
-A co? Tylko ja mam o tym myśleć? - usiadł na kanapie.
Rzuciłam w niego kocem. Zaśmiał się cicho.
-Nie zależy zbytnio na tym, żebyśmy zostali przyjaciółmi, wiesz.
-Okej, okej - wyrzucił ręce przed siebie - Lubię się z tobą droczyć.
Podparł się na dłoni. Prychnęłam zirytowana. Denerwowanie mnie sprawiało mu frajdę, milutko...
-Nawet nie mam twojego numeru, nie mogłm się z tobą skontaktować. Dobrze, że zapamiętałem twój adres.
Dobrze jak dla kogo.
Z jednej strony, już na sam jego widok miałam wszystkiego dosyć, a z drugiej trochę mi go brakowało. Powiedzmy, że w pewnym sensie przywiązałam się do niego. Ciekawiła mnie jego osoba.
-A co, tak bardzo za mną tęskniłeś? - uśmiechnęłam się krzywo.
-O, nawet nie masz pojęcia jak baaardzo - odwzajemnił mój gest.
Czasami zdawało mi się, że w tym byliśmy do siebie podobni - oboje kochaliśmy sarkazm, ironię i byliśmy dla siebie równie wredni. Mieliśmy jeszcze wiele innych cech, które nas łączyły, ale wtedy jeszcze o tym nie miałam pojęcia.
-Masz ochotę na herbatę? - spytałam.
-Jeśli zrobisz taką jak ostatnią to czemu nie.
Wyszłam do kuchni. Nieskromnie muszę przyznać, że rzeczywiście - moja herbata jest najlepsza. Każdy ją chwali. Po kilku minutach wróciłam do pokoju z dwoma kubkami. Zastałam tam Justina z moim laptopem.
-Ej! - wyrwałam mu go - To moje!
-Wiem, że twoje. Już nie wolno sobie na internecie posiedzieć?
-Nie - zamknęłam klapę urządzenia.
Usiadłam obok szatyna. Odwrócił głowę w moją stronę.
-Zachowujesz się tak jakbyś miała tam coś do ukrycia - zmarszczył czoło.
-A może mam. Nie twój interes - pokręciłam głową.
Położyłam nogi na stole i zakryłam je kocem. Złapałam za kubek.
-Co cię ugryzło Caroline? Masz okres?
Szlag mnie trafił... Zacisnęłam szczękę i jednym ruchem ręki wylałam zawartość mojego kubka na koszulkę Justina. Zaczął przeraźliwie krzyczeć. Dopiero po chwili zorientowałam się co zrobiłam.
-Kurwa, parzy! - wrzasnął chłopak.
Zrzucił z siebie koszulkę. Zaśmiałam się pod nosem, chociaż w sumie nie było z czego. Ale wkurzał mnie i powinien się już przyzwyczaić do tego, że nie ma denerwowania Bakerówny bez konsekwencji. W ekspresowym tempie pobiegł do łazienki. Słychać tylko było strumień zapewne zimnej wody.
Zauważyłam, że, kiedy biegł wypadł mu pistolet. Teraz leżał na podłodze w moim mieszkaniu. Nie wiedziałam co mam zrobić, więc tylko się na niego gapiłam. W końcu postanowiłam go podnieść.
Złapałam go ostrożnie w dłoń. Był zimny i błyszczał. Mogłam się w nim spokojnie przejrzeć niczym w lustrze. Zastanawiałam się czy z tej broni zginął kiedyś człowiek. Teraz miałam ją w rękach. Przełknęłam ślinę. W takich momentach jak ten zastanawiałam się, po co utrzymuję kontakt z Justinem. W końcu, chłopak wszedł do pokoju.
-Wielkie dzięki Caroline, poparzyłaś mi brzuch.
Rzeczywiście, nie wyglądał zbyt dobrze... Justin spojrzał na mnie i zauważył pistolet w moich dłoniach. Przejechał rękami przy spodniach. Przygryzł lekko wargę.
-Wyleciał mi, co?
Kiwnęłam głową. Podszedł bliżej ostrożnym krokiem.
-I co, masz zamiar mnie zastrzelić? - mruknął.
-Nie. Nie jestem tobą - wysyczałam przez zęby - Nie zabijam.
Westchnął - nie wiedzieć czemu - zrezygnowany. Usiadł obok mnie, co sprawiło mu niemały ból. Zanim się zorientowałam zabrał mi pistolet. Schował go i spojrzał mi w oczy.
-Ja też nie - powiedział cicho.
Przygryzłam wnętrze policzka na widok jego niesamowitych tęczówek. Nawet nie zwróciłam uwagi na to, że coś do mnie powiedział. Wpatrywaliśmy się w siebie przez jakiś czas.W końcu Justin odwrócił się oblzując usta.
-Wiesz, że trzymasz pistolet jak zawodowiec? - zaśmiał się.
-Serio?
-Ta, ja mam doświadczenie, rozumiesz...
Chwilowa cisza krępowała mnie, ale nie wiedziałam co mam powiedzieć. W końcu szatyn założył na siebie swoją koszulkę uważając, żeby nie zadać sobie bólu.
-Chodź ze mną shawty - pociągnął mnie za rękę.
-Dokąd?
-Zobaczysz.
___________________________________
W końcu, po 276278467862 latach czekania jest kolejny rozdział! :)
Jestem okropna, że dodaję tak żadko... Ale wiecie jak to jest - czasami brak weny, czasami zero dostępu do komputera lub internetu. Mam nadzieję, że nie jesteście na mnie bardzo źli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz