niedziela, 7 kwietnia 2013

2

Chłopak zaprowadził mnie do czarnego BMW stojącego na parkingu kilkanaście metrów dalej. Chyba muszę zainwestować w okulary, bo wcześniej go nie zauważyłam...
Otworzył drzwi o pasażera i posadził mnie na fotelu. Ciągle miałam związane ręce i nie powiem, że było to przyjemne. Szatyn po chwili usiadł za kierownicą. Odpalił samochód i ruszyliśmy.
Nie miałam pojęcia dokąd jedziemy. Bałam się. Nie wiedziałam do czego mógł być zdolny. Po jakiejś minucie zorientowałam się, że mój pas bezpieczeństwa nie jest zapięty. Nie lubiłam tak jeździć. Nigdy nie wiadomo co się może stać.
-Umm... Justin? - odezwałam się niepewnie.
-Co? - mruknął patrząc przed siebie.
-Czy mógłbyś przypiąć mi pas?
Sama bym to zrobiła, no ale...
-Po co? - Justin zmarszczył brwi.
-Tak, na wszelki wypadek - wzruszyłam ramionami.
Przyglądałam się mu wyczekująco.
-Nie trzeba żadnych pasów - powiedział w końcu - Jeszcze nigdy nie miałem wypadku.
Nic nie odpowiedziałam. Nie będę się mu sprzeciwiać. Westchnęłam cicho i zwróciłam wzrok na drogę.
Przez jakieś 20 minut jechaliśmy w milczeniu. Słychać było tylko warkot silnika i cichą, beznadziejną muzykę z radia. Raz po raz podskakiwałam na siedzeniu, kiedy auto trafiało na dziury. No tak... Toronto... Rollercoaster za darmo... W szczególności, gdy ma się związane ręce i nie można się niczego złapać.
Siedziałam przygarbiona. Ręce na plecach uniemożliwiały mi wygodne oparcie się o fotel. Mój kręgosłup powoli zaczął dawać o sobie znać. Skrzywiłam się lekko. Justin spojrzał na mnie.
-Coś ci nie pasuje? - warknął.
-Nie, nie, wszystko ok... Tylko trochę boli mnie kręgosłup.
-Przeżyjesz...
Mam taką nadzieję...
Mógłby być odrobinę milszy. Nawet jeśli chciał mnie zabić. W końcu, podobno jestem seksowna...

-Jak już się odezwałaś i w ogóle - dodał szatyn po chwili - Może powiesz mi jak masz na imię?
Popatrzyłam na jego twarz. Był calkiem rozluźniony, wpatrzony w drogę. Podczas, gdy ja sikałam w gacie, żeby tylko nie przestrzelił mi łba. Przygryzłam wargę.
-Odpowiesz mi w końcu? - zdenerwował się.
-Jestem Caroline.
-Caroline... Miło cię poznać, ja jestem Justin. Ale to już wiesz - uśmiechnął się lekko.
Miło poznać?! No, kpiny jakieś...
Wbiłam wzrok w jego oczy. Coś mnie do nich przyciągało... Były jak czekoladowy magnez. Magnez na niewinne blondynki skazane na rozstrzelanie. Boże, jak to brzmi...

Nawet nie zauważyłam tego, że przyglądam się mu już od dłuższego czasu. Justin wyczuł na sobie mój wzrok. Spojrzał na mnie odrobinę spięty. Zmarszczył brwi.
-Co się patrzysz? - zirytował się - Mam coś na twarzy?
-Nie, nie...
Od razu powędrowałam wzrokiem w przeciwną stronę. Chłopak tylko westchnął i pokręcił głową.
-Cokolwiek się od ciebie dowiedzieć to jest na serio sztuka...
Chciałam skrzyżować ręce na piersi, ale zapomniałam, że są związane. Życie bez rąk musiałoby być okropne... A tym bardziej ze świdomością, że je masz tylko związane. Pieprzę głupoty... Jak już wspomniałam - przestałam racjonalnie myśleć.
Dlaczego to ja mam zawsze takiego cholernego pecha?! Wiecznie coś mi się nie udaję, a teraz jeszcze jakiś bandzior mnie porywa i związuje mi matkę. W dodatku, mam przeczucie, że ta moja "wycieczka" nie skończy się dobrze...
A to miał być głupi niedzielny obiad.
___________________________________
Rozdział drugi - tak wiem, krótki. Ale postaram się pisać dłużej.
Dziękuję za wszystkie wejścia na bloga. :) Prosiłabym o wasze opinie na temat opowiadania i rozdziałów w komentarzach, bo nie wiem, czy wam się podoba.
Jeśli chcecie, żebym informowała was o nowych rozdziałach na Twitterze wpiszcie w komentarzu w rybryce "Informowani" swój nick. ;D Zakładka na górze bloga.
xo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz