Przez długi czas byłam wpatrzona w tapicerkę na drzwiach samochodu. Tak jakby była najciekawszą rzeczą na tym świecie... Wolałam się nie odzywać i przeżyć te ostatnie chwile nie narażając się Justinowi.
Uczcijmy moją przyszłą śmierć milionem minut ciszy...
W pewnej chwili szarpnęło mną. Z początku myślałam, że to kolejna dziura w pięknej drodze zapyziałego Toronto. Ale pomyliłam się... Usłyszałam huk. Samochód gwałtownie się zatrzymał, a ja - z racji, że nie miałam zapiętych pasów bądź jak złapać się fotela - poleciałam prosto na deskę rozdzielczą. Przeklęłam pod nosem czując, że rozcięłam sobie czoło o schowek, który się otworzył. Zacisnęłam mocno powieki. Po chwili podniosłam się do pozycji siedzącej czując lekkie zawroty głowy. Przede mną widziałam mnóstwo dymu, a za nim wielki dąb.
Wygląda na to, że mieliśmy wypadek... No cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz...
-Kurwa mać! - krzyknął Justin.
Wyleciał z samochodu. W mgnieniu oka znalazła się przy masce głośno przeklinając.
Poczułam ciecz sciekającą mi po nosie. Spojrzałam w boczne lusterko.
No super...
Z mojego czoła lała się krew. Pieprzony dziad, jakby nie mógł mi zapiąć tych durnych pasów...
Szatyn zachłysnął się dymem. Zaczął odganiać go rękami. Czułam, że rana zaczyna mnie szczypać. Justin po obejrzeniu maski BMW i kolejnej serii przekleństw, podszedł do drzwi z mojej strony. Gestem pokazał mi, żebym otworzyła szybę. Ja tylko wzruszyłam ramionami.
Mam związane ręce geniuszu...
Chłopak złapał za klamkę i gwałtownie otworzył drzwi.
-Patrz co się stało!
-Widzę... - mruknęłam.
-To wszystko twoja wina!
-Moja?! - wybuchłam.
-Tak, twoja!
-Co ja niby takiego zrobiłam?!
-Zaczęłaś pieprzyć o jakichś pasach i innym gównie... - wywrócił oczami - A teraz co?! Daleko nie zajedziemy!
-A więc to moja wina?! - nie wytrzymałam - Przypominam ci, że to ty byłeś w moim domu, związałeś moją matkę i w dodatku mnie porwałeś!
Wstałam z siedzenia i stanęłam przy drzwiach.
-Poza tym, mam związane ręce głupku, co mogłabym zrobić?!
Justin wyciągnął pistolet i przyłożył mi do policzka. Jego czekoladowe oczy były przepełnione gniewem. W co ja się wpakowałam...
-Przypominam ci, shawty, że w każdej chwili mogę rozkurwić ci łeb. Tak jak twojej mamusi, a aktualnie mam na to ochotę. Radzę ci się zamknąć.
Przygryzłam wargę. Czułam, że wyskoczyła mi gęsia skórka. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Błagałam Boga o zbawienie.Po moim policzku poleciała łza trafiając na pistolet.
Pan chyba wysłuchał mojej cichej modlitwy, bo Justin schował pistolet wyraźnie łagodniejąc. Zmarszczył brwi i spojrzał mi w oczy.
-No weź nie rycz... Przestraszyłaś się?
Pokiwałam głową. On tylko się zaśmiał i schował dłonie do kieszeni czarnych jeansów.
-Jestem przekonujący, co? Nie zabiję cię. Wkurwiłem się, bo to mój samochód, no wiesz... Przecież nic nie zrobiłaś.
Kamień spadł mi z serca. Odetchnęłam z ulgą. Chłopak uśmiechnął się lekko. Wyminął mnie i wyciągnął ze schowka w samochodzie chusteczki.
-Co ci się stało? - spytał.
-Poleciałam na schowek - wydukałam.
-Myślałem, że jesteś hetero...
Wybuchnął śmiechem. No dobra, ja też zaczęłam się śmiać. Otworzył chusteczki i wytarł krew z mojej twarzy. Po wszystkim musnął ustami moje czoło. Uśmiechnęłam się.
-Lepiej? - zapytał.
-O wiele.
-To dobrze.
Zastanawiałam się, jakim cudem wjechaliśmy w drzewo... No ok, byliśmy w lesie, ale to nie powód, żeby wjeżdżać w dąb. Jemu to się nic nie stało, za to ja ciągle czułam, że krew spłynie mi do oczu. Przy okazji rana cholernie szczypała.
-Potrzebujesz plastra? - Justin znowu grzebał w schowku.
-Przydałby się...
Przykleił mi plasterek w serduszka. Był bardzo delikatny, tak jakby nie chciał mi zrobić krzywdy. Swoją drogą, to ciekawe skąd miał plaster z serduszkami...
-Caroline, prowadziłaś kiedyś auto?
Zdziwiłam się.
-Nie. Dlaczego pytasz?
-Bo właśnie będziesz prowadzić. Trzeba wyjechać.
No bez jaj...
______________________________
I mamy rozdział! :D
Jak wam się podoba? Czekam na opinie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz