czwartek, 16 maja 2013

6

Następnego dnia wstałam o 8.00, bo musiałam iść do pracy. Od poniedziałku do czwartku jestem kelnerką w Coco Paradise. To taka mała kawiarenka w centrum Toronto. Pracuję tam z moją przyjaciółką Brianą. W liceum chodziłyśmy tam po lekcjach. Zawsze myślałyśmy, że Coco w nazwie to orzechy kokosowe. Okazuje się, że córka naszego szefa ma na imię Cornelia i mówią na nią Coco.
Swoją drogą, strasznie słodka dziewczynka.
W piątek i sobotę chodzę na uczelnię. Wybrałam architekturę wnętrz. Tylko niedzielę mam dla siebie...
Zebrałam się z łóżka i poszłam do łazienki. Zaświeciłam lampkę na ścianie. Spojrzałam w lustro.
Każdy włos w inną stronę... W nocy musiał mi się odkleić plaster, bo na czole został po nim tylko ciemny ślad. Przemyłam twarz wodą, ubrałam na siebie miętowe jeansy i czarną bokserkę. Później zjadłam śniadanie, wypiłam kawę i umyłam zęby.
Wyjrzałam przez okno. Słońce ledwo co świeciło, a i tak było zakryte chmurami.
Czego można się spodziewać w listopadzie?
Ziewnęłam przeciągle. Takie dni jak ten najchętniej przeleżałabym w łóżku. Niestety, nie mam wyboru...
Wyszykowałam się, wzięłam moją ulubioną, brązową torebkę i wyszłam z mieszkania. Podeszłam do windy. Na jej srebrnych, matowych drzwiach widniała kartka z moim ulubionym napisem: "Awaria". Westchnęłam. Nie ma jak zapierdzielać po schodach z 3 piętra...
Przynajmniej trochę schudnę.
Zbiegłam niczym huragan. Mój autobus do centrum wyjeżdżał za chwilę.
Stanęłam na przystanku. Na szczęście zdążyłam. Szybko udało mi się wyrównać oddech. Przeczesałam włosy palcami. Koło mnie stała pani Stevenson, która jak zwykle wybierała się na bazarek ze swoimi torbami. Handlowała tapicerką samochodową. Było jeszcze kilka dzieciaków wybierających się do szkoły.
Po krótkiej chwili na przystanek przyszła Briana mieszkająca na tym samym osiedlu. Uśmiechnęła się widząc mnie. Przywitałyśmy się, a minutę później przyjechał nasz autobus. Wsiadłyśmy do niego, skasowałyśmy bilety i usiadłyśmy na fotelach. Bria od razu zaczęła rozmowę.
-Czemu nie odbierałaś całą niedzielę? Wiesz jak się zamartwiałam!
-Zostawiłam telefon w domu, a byłam u rodziców.
Nie skłamałam. Naprawdę został w kawalerce. Po prostu, nie wspomniałam o akcji z poprzedniego dnia. Gdybym wróciła wcześniej może by się dodzwoniła... Powiedzmy, że to był wypadek losowy.
Swoją drogą, jak już jesteśmy przy telefonach... Nie, nie zadzwoniłam wieczorem do rodziców. Jestem wredna, niech się pomartwią. O ile nie będą myśleć, jak spłacić te długi.
Minęło 10 minut romowy i byłyśmy na miejscu. Wysiadłyśmy na przystanku pod kawiarenką i ruszyłyśmy w jej stronę. 4 dni w tygodniu Younge Street witało mnie świstem przejeżdżających samochodów i tłumem ludzi. * Bria otworzyła szklane drzwi, nad którymi wisiał wielki, czerwony napis 'Coco Paradise'. Ze środka kawiarenki dobiegła mnie muzyka i zapach pomarańczy. Przymknęłam oczy. Można sobie było wyobrazić gorące lato i plażę na Bahamach.
Kawiarnia była średniej wielkości. Ściany od strony wejścia były szklane. Stały w niej drewniane stoliki, krzesła również z tego tworzywa. Na ich oparciach, z tyłu było logo kawiarenki, takie jak nad drzwiami. Ściany były w dwóch odcieniach zieleni, sufit i podłoga jasno beżowe. Tutaj zawsze panowała miła i przytulna atmosfera.
Zdjęłyśmy płaszcze i podeszłyśmy do drewnianej lady w rogu pomieszczenia po drodze omijając srebrne, metalowe, kręcone schody prowadzące na wyższe piętro. Przy barze stał barman Mike. Polerował błyszczącą ladę szmatką. Przysiadłyśmy na wysokich, barowych krzesłach. Mike uśmiechnął się do nas i oparł łokciami o ladę.
-Mikey, zrób nam dwa koktajle - poprosiła Bria.
-Już się robi - powiedział.
Plusem pracowania tutaj były darmowe napoje. Za coś do jedzenia odbijali nam z pensji. Na szczęście, nie było tam drogo.
Briana wzięła nasze płaszcze i zaniosła na zaplecze. Była 9.00. Zaraz zlecą się klienci.
Spojrzałam na blondyna mieszającego banana i truskawkę.
-No i co? - oparłam głowę na dłoni.
-Co?
-Kiedy masz zamiar jej powiedzieć?
Przeniósł na mnie wzrok.
-Sam nie wiem... - westchnął - Wiesz, że boję się, co powie.
-Mike, tyle razy ci mówiłam... - przerwał mi.
-Tak, wiem - zacisnął powieki - Po prostu... Ona chyba nic do mnie nie czuje.
Spuścił głowę. Nasypał do wysokich szklanek z koktajlami wiórki kokosowe i posiekaną czekoladę.
Kocha się w Brianie odkąd zaczęłyśmy tu pracować. Ufa mi na tyle, że powiedział mi o tym. Tylko nie mogę jej o tym mówić.
Zapewne bym zginęła, bo Bria nie potrafi trzymać języka za zębami...
Wiecie co jest najlepsze? Że Mike jej się podoba. Problem w tym, że oboję są zbyt nieśmiali, żeby zrobić pierwszy krok.
Blondyn postawił szklanki na blacie, włożył do nich po słomce. Briana wróciła do nas przebrana w za dużą, białą koszulkę z logiem kawiarni.
Bo przecież szef nie mógł zamówić mniejszych...
Usiadła koło mnie założyła kosmyk czarnych, kręconych włosów za ucho.
-Dzięki - uśmiechnęła się do blondyna.
On odwzajemnił gest. Bria złapała słomkę w dwa palce i upiła łyk koktajlu. Odwróciła się do mnie.
-Nie powinnaś iść się przebrać?
Usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Kilka osób weszło do kawiarenki.
-Tak, tak - powiedziałam - Już idę.
Dopiłam swój napój i poszłam na zaplecze. Zmieniłam bluzkę, poprawiłam włosy w lusterku i wyszłam.
Przy stolikach i ladzie stało kilka osób. Ktoś poszedł na górę. Ruszyłam za nim schodami. Bria była kelnerką na dole, a ja na piętrze. Nie raz się nachodziłam jak zwierz.
Spisałam zamówienia od trzech klientów młodszych ode mnie o kilka lat. Raczyli bezwstydnie gapić się na mój biust. To było strasznie irytujące... Szczególnie dla osoby z tak słabymi nerwami jak ja. Niestety, nic nie mogłam zrobić w obawie o pracę.
Po kilku godzinach latania po schodach ruch się trochę zmniejszył i mogłam odsapnąć. Przysiadłam na zapleczu. To niesamowite jak dobrze udało mi się ukryć pozostałości po wczorajszym wypadku na czole. Nikt nie zauważył.
Tym sposobem moje myśli powędrowały w stronę Justina.
Przed oczami stanęły mi jego czekoladowe tęczówki wpatrujące się we mnie. Jego usta całujące moje. Przeszedł mnie dreszcz. Przygryzłam wargę. Postanowiłam wyjść ze "schowka". Samotność nie działa na mnie dobrze...
Podbiegła do mnie przyjaciółka.
-Cara, żałuj, że tam siedziałaś.
-Co znowu?
-Jaki przystojniaaak - przeciągnęła.
Zaśmiała się. Kolejny plus pracowania w takim miejscu - mnóstwo świetnych facetów.
-Mam nadzieję, że go urzekłaś i tu jeszcze wróci, bo chcę go zobaczyć - puściłam jej oczko.
Wyszczerzyła się. Chociaż stałam tyłem, dobrze wiedziałam jaki wyraz twarzy ma teraz Mike. Zazdrośnik.
Pomyślałam o rodzicach. Prawie dzień nie daję znaku życia. Może by zrobić niezapowiedzianą wizytę?

     ***

Około 13.00, gdy zeszłam do toalety, Bria zawołała mnie. Podeszłam do niej.
-O co chodzi?
-Widzisz go? - wskazała palcem na chłopaka wchodzącego na piętro.
-No, widzę.
-To ten co był tu wcześniej. Idzie na górę, bierz go - pchnęła mnie lekko.
Uśmiechnęłam się do niej rozbawiona. Zaczęłam wchodzić po schodach szybkim krokiem. Nagle źle stanęłam i straciłam równowagę. Zapewne wybiłabym sobie zęby, gdyby nie ktoś, kto w porę mnie złapał.
-Hej, uważaj, bo zrobisz sobie krzywdę - usłyszałam znajomy głos.
Zmarszczyłam brwi. Uniosłam głowę.
Słowa nie opiszą szoku w jakim byłam. "Przystojniaaak" Briany, za którym leciałam to był... Justin Bieber. Ten Bieber, o którym kilka godzin wcześniej sobie rozmyślałam. O Boże...
-Caroline? - zdziwił się - Co ty tu robisz?
Podniosłam się, a on wraz ze mną.
-Ja? Co ty tu robisz? - podparłam się pod boki.
-Przyszedłem na kawę - wzruszył ramionami.
-A ja tu pracuję.
-Serio?
-Wyglądam jakbym żartowała?
Uśmiechnął się.
-Rana z czoła ci zeszła?
-Nie. To się nazywa makijaż.
-No tak...
Zbliżył się, żeby się przyjrzeć. Uderzył mnie zapach jego perfum. Westchnęłam. Jego niesamowite oczy badały moje czoło.
-Rzeczywiście, przykryte po mistrzowsku - skomentował - Powinnaś być makijażystką.
-Oj, bez przesady - machnęłam ręką.
Spojrzał mi w oczy. Odwzajemniłam gest. Po raz kolejny mnie zahipnotyzował. Przygryzłam wnętrze policzka.
Czy to normalne, że miałam ochotę go pocałować?
-Idziesz na górę? - palnęłam.
-Tak, byłem tu już wcześniej. Twoja koleżanka namówiła mnie, żebym jeszcze wrócił.
Odwrócił głowę w prawo. Pomachał lekko brunetce, na co uśmiechnęła się szeroko i zrobiła to samo.
-Ma na imię Briana.
-Briana - powtórzył nie spuszczając z niej wzroku.
Coś ukuło mnie od środka.
Haaloo, gapimy się na mnie! Nie na nią!
Justin chyba usłyszał moje myśli, bo spojrzał na mnie.
-Chodź - pociągnął mnie na górę.
Nikogo oprócz nas tam nie było. Szatyn usiadł przy pierwszym lepszym stoliku.
-To, co ci przynieść? - zapytałam.
-Cokolwiek...
Odwróciłam się i szybko zeszłam na dół. Bria od razu mnie dorwała.
-Caroline, znasz go?
-Yyy, co? Nie, no skąd.
Kurna, nie lubię kłamać...
-Jest cholernie seksowny - spojrzała w sufit, jakby czekała na reakcję barmana obok nas.
On tylko się naburmuszył i mruknął coś pod nosem. Jeśli myślała, że tym sposobem Mike zacznie ją adorować to się myliła. Szczerze mówiąc to go tylko utwierdzało w przekonaniu, że nie ma szans.
-Mikey, jedno espresso - powiedziałam.
Blondyn bez słowa odwrócił się do ekspresu.
Oho, foch forever...
Gdy kawa była gotowa poszłam ją zanieść czekającemu Justinowi. Na mój widok uśmiechnął się. Postawiłam filiżankę na stoliku. Już miałam odejść, kiedy chłopak odezwał się:
-Nie usiądziesz ze mną?
-Jestem w pracy, pamiętasz?
-Ale nie ma dużo ludzi. Nie widzę tu też twojego szefa. Briana sobie poradzi.
Zastanowiłam się przez chwilę. Odsunęłam krzesło i usiadłam naprzeciwko Justina.
-Czemu masz za duży t-shirt? - spytał.
-To moje "ciuchy robocze".
-Jak na robocze wyglądają na tobie całkiem nieźle.
Podparł głowę na pięściach. Spuściłam wzrok.
-Powiedzieć ci coś? - złapał moją dłoń.
Poczułam gęsią skórkę na karku. Przygryzłam wargę.
-Co takiego?
Zbliżył się do mnie o kilka centymetrów.
-Nie mogłem przestać o tobie myśleć - wymruczał.
Przeniosłam na niego wzrok. Wpatrywał się we mnie niewzruszony. Szatyn musnął lekko mój policzek.
W tym momencie nasza rozmowa się skończyła, bo kilka osób weszło na piętro. Puściłam dłoń Justina i odskoczyłam od stolika. Odchrząknęłam cicho.
-Podać panu coś jeszcze? - spytałam sztucznie.
Chłopak zaśmiał się mrużąc oczy.
-Nie, poproszę rachunek.
Odniosłam pustą filiżankę. Kiedy miałam wracać na górę ze świstkiem, Justin pojawił się koło mnie. Wręczył mi 10 dolarów.
-Do zobaczenia shawty - puścił mi oczko.
Wyszedł z kawiarenki i tyle go widziałam.

* - W nazwie ulicy nie ma błędu. To realna ulica w centrum Toronto. Coco Paradise jest stworzona na podstawie mieszczącej się tam restauracji, której nazwa wyleciała mi z głowy. ;)

_____________________
Długo nie dodawałam, wiem. Miałam trochę nauki i problemów w domu, rozumiecie. :P
Jak wam się podoba rozdział?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz