piątek, 24 maja 2013

7

Tak jak sobie obiecałam, po skończonej pracy wybrałam się odwiedzić rodziców. Wynajęłam taksówkę i skierowałam ją na Bond Street.
Godzina 19.00, byłam padnięta. Marzyłam o długiej, odprężającej kąpieli. Jednak chciałam wyjaśnić z rodzicami kilka rzeczy.
Minęło nie więcej niż 20 minut, a byłam na miejscu. Zapłaciłam za kurs i ruszyłam w stronę drzwi. Tym razem były zamknięte. Odetchnęłam z ulgą. Zadzwoniłam dzwonkiem. Po chwili w drzwiach stanęła moja mama. Na mój widok otworzyła lekko usta.
-Caroline! - przytuliła mnie.
Moja mama ma żelazny uścisk.
Chyba tracę oddech.
-Ciebie też miło widzieć - uwolniłam się biorąc wdech - Ale błagam cię, nie tutaj.
-Wejdź.
Przekroczyłam próg, zdjęłam płaszczyk i buty. Poszłyśmy do salonu. Mój tata siedział na kanapie i oglądał jakieś głupoty w telewizji. Odwrócił głowę.
-Mój Boże, dziecko! - zerwał się na nogi - Mama o wszystkim mi opowiedziała. Wiesz jak się martwiliśmy?
Kiwnęłam głową. Mama poszła do kuchni zrobić herbatę.
-Chyba musimy pogadać... - mruknęłam patrząc tacie w oczy.
Westchnął. Zgarbił się lekko.
-Tak, chyba tak...
Mama wróciła niosąc tacę z kubkami i moimi ulubionymi czekoladowymi herbatnikami. Usiadłam na fotelu, a rodzice na kanapie obok. Nastała chwila ciszy. Sięgnęłam po ciastko.
-To co się wczoraj stało... - zaczęłam - Może wyjaśnicie mi, co robił tutaj Justin?
Oparłam się o fotel. Wzięłam ich podstępem. Chciałam zobaczyć, czy powiedzą prawdę.
-Widziałam go pierwszy raz w życiu - mama wzruszyła ramionami - A skąd wiesz, że ma na imię Justin?
Ugryzłam ciastko rozbawiona.
-Przedstawił mi się. Poza tym, jestem pewna, że wiecie kim on jest, bo przyszedł po pieniądze.
-Jakie pieniądze? - moi rodzice wciąż udawali, że nie wiedzą, o czym mówię.
-Po wasze pieprzone długi! - wybuchnęłam - Mówi wam to coś?
Siedzieli wyprostowani, jakby połknęli kije. Tata westchnął cicho. Przeżuwałam powoli herbatnika czekając na jakiekolwiek słowo z ich strony.
-Caroline...
-Czekam na wyjaśnienia - wycedziłam.
Nasypałam dwie łyżeczki cukru do mojego kubka z herbatą. Zaczęłam ją mieszać.
-No? - odezwałam się - Kiedy mieliście mi zamiar powiedzieć? A raczej ― czy  w o g ó l e  mieliście zamiar mi o tym powiedzieć?
Starałam się zachować spokój, chociaż jest to dla mnie nie lada sztuka. Oparłam podbródek na dłoni. Miażdżącym wzrokiem starałam się wymusić na rodzicach wytłumaczenie.
-No dobra, przyznaję - tata spuścił głowę - Zrobiliśmy sobie trochę długów...
-Trochę?! - mama skrzyżowała ręce - 60 tysięcy to nie jest trochę!
-60 tysięcy?! - zakrztusiłam się ciastkiem - Po co wam te pieniądze?
Upiłam łyk z kubka. W głowie się nie mieści, jak bardzo bezmyślni są moi rodzice.
-Chcieliśmy kupić pare nowych rzeczy do domu...
-Za tyle kasy?! Jak mieliście zamiar to spłacić? Pomyśleliście o tym?!
-Jakoś to będzie.
Nie wytrzymałam. Zaczęłam gotować się od środka. Wstałam z fotela.
-Jakoś?! Czy zdajecie sobie sprawę, że w tej chwili narastają odsetki?! Jestem pewna, że Justin tu wróci, a ja nawet nie kiwnę palcem, żeby go powstrzymać! - zaczęłam wymachiwać rękami.
-Córciu, uspokój się... - pisnęła mama.
-Co się uspokój?! Sama się uspokój! Co jest ważniejsze? Nowy telewizor czy porwana córka?!
Zapadła cisza. Nie raczyli powiedzieć nawet jednego, pierdolonego słowa. Otworzyłam lekko usta. Zgarbiłam się wyczekując odpowiedzi, ale jej nie dostałam. Było to dla mnie jednoznaczne.
O nie... Tego już za wiele!
Szybkim krokiem ruszyłam w stronę ganku. Założyłam buty. W tym czasie przyszła do mnie mama.
-Dokąd idziesz?
-Wychodzę - warknęłam.
-Caroline, to nie tak jak ci się wydaje... - pokręciła głową.
-A niby jak mamo? Dla mnie to jest proste: narobiliście długów to teraz sobie z nimi radźcie.
Zarzuciłam płaszcz na ramiona. Skierowałam się w stronę frontowych drzwi.
-Skarbie, poczekaj - usłyszałam za sobą.
Nie odwróciłam się. Trzasnęłam drzwiami i ruszyłam chodnikiem
Moi rodzice zachowywali się gorzej niż dzieci z przedszkola... Szef Justina będzie go wysyłał do nich coraz częściej. Gorzej jeśli wyśle kogoś innego. Coś czuję, że to się źle skończy...

Szłam już dobrą godzinę. Miasto spowił mrok. Toronto o takich godzinach wręcz roi się od zboczeńców i bandytów, wiem coś o tym... Raz po drodze obok mnie zatrzymał się jakiś mężczyzna proponując mi podwiezienie z głupim uśmiechem. Odprawiłam go słodkim "Spierdalaj".
Przechodząc Bay Street zauważyłam grupkę chłopaków. Gdy mnie ujrzeli zaczęli gwizdać i rzucać w moją stronę komplementy, jak oni to nazywają. Starałam się ich ignorować. Przyspieszyłam kroku. Ruszyli za mną. Zaczęłam się bać. Po chwili jeden z bandy wyszedł przede mnie. Za nim stanęła jeszcze dwójka. Reszta mnie okrążyła.
-Siemasz mała - chłopak przede mną uśmiechnął się krzywo.
No to jestem w czarnej dupie...

1 komentarz:

  1. swietny rozdzial jak zawsze ale szkoda ze czesciej nie dodajesz :/ <3<3

    OdpowiedzUsuń