poniedziałek, 27 maja 2013

8

-Sama po ciemku w wielkim mieście? - chłopak przede mną przekręcił głowę nie spuszczając ze mnie wzroku.
-Wracam do domu - wydusiłam.
Serce podchodziło mi do gardła. Około dziesięciu chłopaków zdolnych do wszystkiego i ja. Sama. Kompletnie samiutka.
Przygryzłam wnętrze policzka. Stałam nieruchomo jak kamień, lekko zgarbiona. Nie wiedziałam co mam robić. Żadnej drogi ucieczki, z nikąd pomocy.
-Nikt ci nie mówił, że to niebezpieczne, skarbie? - oprych zaśmiał się.
Najwyraźniej był liderem grupy. Miał krótkie, kruczoczarne włosy, był ode mnie o wiele wyższy. Jego szerokie ramiona wyglądały dziwnie przy jego chudej sylwetce. W ustach miał skręconego własnoręcznie papierosa i właśnie kończył go palić.
-Właśnie sama się o tym przekonałam... - mruknęłam.
Brunet rzucił niedopałek na ziemię i zdeptał go piętą.Wrócił wzrokiem do mnie.
Byłam bliska płaczu. Faceci zaczęli się do mnie zbliżać. Przełknęłam ślinę. Rozejrzałam się. Ich gęby były wykrzywione w obrzydliwych uśmiechach.
-Co chcesz ze mną zrobić? - powiedziałam cicho do chudzielca.
-Cóż... - nawinął kosmyk moich włosów na długi palec - Chyba na początek zabiorę cię do siebie...
-A jeśli tego nie chcę? - przerwałam mu.
-Gówno mnie obchodzi, czy tego chcesz - zbliżył się do mnie.
Zmarszczyłam brwi. Był pijany. Czułam to. Odsunęłam lekko głowę w tył.
Czy każdy pieprzony kretyn, któremu widzi się mnie porwać chce mnie przy okazji rozdziewiczyć?!
Brunet złapał mnie silnymi rękami za nadgrastki. Uścisk miał tak mocny, że wydawało mi się, jakby moje kości się przestawiły. Syknęłam cicho z bólu. Nie było opcji, żeby uwolnić się z takiego uścisku. A pomyśleć, że miałam jeszcze ślady po sznurze...

Chudzielec zaczął mnie ciągnąć w swoją stronę, a potem za sobą idąc wolnym krokiem w jakąś ciemną uliczkę. Za nami szła "banda" rechocząc złowieszczo. Zaczęłam się wyrywać i szarpać. Jeden z facetów trzasnął swoją wielką dłonią w mój policzek, po czym złapał mnie za ramię. Zawyłam z bólu.
-Puście mnie! - zaczęłam krzyczeć - Zostawcie mnie, do cholery!
Najwyraźniej, nie mieli takiego zamiaru... Dwójka wlokąc mnie za sobą, przyspieszyła. Zaczęłam piszczeć, ale moje usta szybko zostały zamknięte wielką łapą murzyna. Dziwne, że jako jedyny z nich był czarny... Spojrzałam mu w oczy. Wzrokiem błagałam go, żeby powstrzymał tych przede mną. On tylko pokiwał wolno głową z grobową miną. Wyglądało to tak, jakby chciał coś zrobić, ale nie mógł. Po moim policzku spłynęła łza.
No to koniec... Zgwałcą mnie, zabiją i nie wiadomo co jeszcze. Że też nie zatrzymałam tej jebanej taksówki!
W uliczce między dwoma wieżowcami panowały egipskie ciemności. Żadnego okna, żadnej lampy, żadnego światła. Z nikąd pomocy. Chudzielec rzucił mnie na ziemię. Zbliżył się i wyciągnął z tylnej kieszeni jeansów taśmę. Zastanawiałam się, czy zawsze i wszędzie nosi taśmę... Zakleił mi usta. Zaraz potem obwiązał taśmą moje nadgarstki, a następnie kostki. Nie mogłam się ruszać, nie mogłam wołać o pomoc. Brunet pochylił się nade mną. Drgnęłam. Cała reszta stała przed nami bacznie wpatrując się oprychowi wkładającemu dłoń pod mój płaszcz. Już po chwili leżał gdzieś na boku, zupełnie jak moja rozerwana bokserka. Dygotałam z zimna, ale i ze strachu. Nie potrafiłam kontrolować łez. 

Boże, jeśli mnie słyszysz, to błagam - z r ó b  c o ś!

Zacisnęłam mocno powieki. Nie chciałam patrzeć, jak brunet oblizując wargi dobiera się do mojego rozporka.

Czasem zastanawiam się - dlaczego akurat JA mam takiego pecha?
Zapanowała cisza. Słychać było tylko oddech oprycha próbującego ściągnąć moje spodnie i moje ciche szlochanie. Nie było już ratunku. Tak właśnie miała skończyć niczemu niewinna osiemnastoletnia dziewczyna z Toronto.
I w tym momencie zdażył się cud. Coś, czego nikt się nie spodziewał.
Usłyszeliśmy pisk opon pod zaułkiem, a chwilę później strzały. Otworzyłam szeroko oczy. Chudzielec gwałtownie odwrócił się. Tym sposobem mogłam zobaczyć, co działo się za nim.
Nie do wiary... Kilku oprychów uciekło, reszta leżała na ziemi z rękami na głowie "srając w gacie" ze strachu. Byłam w szoku.
A kto był sprawcą uratowania mi dupy?
Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewała... Kilka metrów przede mną stał wysoki szatyn, z włosami ułożonymi do góry i grobową miną. Był cały ubrany na czarno. W dłoni trzymał pistolet i celował nim w bruneta kucającego przy mnie. Moje serce zabiło.
Justin.
-Na kolana, śmieciu! - ryknął.
Oprych otworzył usta i wykonał polecenie. Justin przeładował broń. Zniżył lekko głowę, by spojrzeć brunetowi w oczy.
-Tak bardzo jesteś niezaspokojony? - syknął - To idź do burdelu, a nie bierzesz pierwszą lepszą dziewczynę z ulicy!
Szatyn podszedł jeszcze bliżej. Przystawił chudzielcowi pistolet do czoła. On tylko drżał ze strachu z dłońmi podniesionymi na wysokości masywnych ramion.
-Myślisz, że ujdzie ci to na sucho skurwielu? - Justin zmarszczył brwi.
Brunet zaczął gwałtownie kręcić głową.
-Nie, nie - jąkał się - Oczywiście, że nie, proszę pana.
-Cieszę się, że się zgadzamy, Andre - szatyn uśmiechnął się półgębkiem - A teraz wypierdalaj stąd w podskokach, zanim odstrzelę ci łeb!
Chłopak szybko zebrał się z ziemi. Nie spuszczał wzroku z twarzy Justina. Zaśmiałam się w duchu.
I kto teraz ma problem?
-Oczywiście, oczywiście - rzucił na odchodne chudzielec.

Zebrał czlonków "bandy", którzy leżeli na ziemi. Uciekli tak szybko, że aż się za nimi kurzyło. Szatyn spojrzał na nich ukradkiem śmiejąc się pod nosem. Schował pistolet i przykucnął przy mnie.
-Cześć shawty.
Zerwał szybkim ruchem taśmę z moich ust. Nie powiem, że nie bolało. -Justin, co ty tu robisz? Szatyn zrywał taśmę z moich rąk i nóg. Starał się robić to delikatnie, ale średnio mu wychodziło. Gdy skończył przeniósł swój wzrok na mnie. Opatuliłam goły brzuch ramionami i skuliłam nogi. Na ramionach wyskoczyła mi gęsia skórka. Justin westchnął i ściągnął z siebie kurtkę. Zarzucił mi ją na ramiona. Uśmiechnęłam się do niego.
-Chodź, zawiozę cię do domu.
Pomógł mi wstać, po czym otworzył brązowego Range Rovera zdalnym pilotem. Samochód wydał z siebie dźwięk, a następnie mrugnął światłami.
-Wsiadaj - wskazał auto ruchem głowy.
Ruszyłam wolnym krokiem do samochodu. Po drodze zasunęłam kurtkę Justina i zapięłam rozporek. Usiadłam na miejscu pasażera. Szatyn w tym czasie zebrał mój płaszcz z ziemi i położył go na tylnim siedzeniu. Wsiadł za kierownicę. Przekręcił kluczyk w stacyjce i włączył ogrzewanie widząc, że wciąż dygotam. Oparł się o fotel przyciskając dłoń do policzka. Zapanowała cisza. Zrobiło mi się cieplej. Spojrzałam na chłopaka.
-Uratowałeś mnie - szepnęłam - Ja... Nie wiem co powiedzieć...
Odwrócił się do mnie. Westchnęłam widząc błysk w jego czekoladowych oczach.
-Dziękuję - uśmiechnęłam się blado.
Odwzajemnił gest. Wciągnął powietrze nosem i położył rękę na kolanie.
-Nie masz za co. Caroline, powiedz mi, czy... - przygryzł wargę - Czy on zrobił ci krzywdę?
Wzdrygnęłam się na złe wspomnienie. Spuściłam głowę.
-Na całe szczęście, nie. Ale, gdybyś się nie zjawił z całą pewnością...
Justin zacisnął zęby i uderzył pięścią w kierownicę. Pochylił się nad nią.
-Pieprzony skurwiel... Zabiję go.
Otworzyłam lekko usta.
-Justin... - wydusiłam.
Przeniósł wzrok na mnie. Wyprostował się.
-Tak?
-Ty go znasz, prawda?
-Owszem. To Andre, a ta banda żyje z tego co ukradnie i wyłudzi. Kiedyś byli w tej branży co ja. Po jakimś czasie szef ich wywalił i zostali bez niczego. Błagali mnie o pomoc, więc im pomogłem. Teraz są pod moim całkowitym nadzorem i zwracają się do mnie per pan. Andre nimi "rządzi", gdy tylko zniknę z pola widzenia. Często pozwala sobie na za dużo...
O wiele za dużo.
-Akurat jechałem zobaczyć co u nich - kontynuował - Gdy usłyszałem krzyk. Twój krzyk. Wołanie o pomoc. Zatrzymałem się i zobaczyłam jak Andre ciągnie cię do tego zaułka. Wiedziałem, że raczej nie ma dobrych zamiarów.
-I nie miał...
-No właśnie.
Przez chwilę zdawał się być nieobecny. Pogrążył się w swoich myślach. Zaczął bawić się breloczkiem doczepionym do kluczyków. Zbliżyłam się do niego. Oparłam dłonie na jego umięśnionym ramieniu. Spojrzał na mnie ukradkiem. Kąciki moich ust uniosły się w górę.
-Jeszcze raz ci dziękuję - wymruczałam mu do ucha.
Musnęłam jego policzek. Uśmiechnął się półgębkiem. Odwrócił głowę. Nasze twarze praktycznie się stykały.
-Przestań mi dziękować Caroline - szepnął przy moich ustach.
Poczułam na sobie jego ciepły oddech. Czułam jak wyskakuje mi gęsia skórka.
-Bo co? - zaczęłam się z nim drażnić.
Zaśmiał się cicho.
-Bo będę musiał zrobić coś w tym stylu.
Gdy chciałam zapytać, o co mu chodzi, wpił się w moje usta. Zaskoczona oddałam pocałunek. Owinęłam moje ręce wokół jego szyi. Po chwili Justin przygryzł moją dolną wargę. Jęknęłam cicho ciągnąc go za włosy. Chłopak wsunął język do moich ust i rozpoczął zaciętą bitwę z moim. Przejechał dłońmi wzdłuż mojego kręgosłupa. W końcu oderwaliśmy się od siebie. Zastygliśmy wpatrzeni w swoje oczy. Szatyn przejechał palcami po moim policzku. W moim żołądku latało stado motyli. Justin uśmiechnął się. Odwzajemniłam gest.
-To co? - odezwał się - Jedziemy?
Kiwnęłam głową. Zabrałam ręce i siadłam prosto. Ruszyliśmy. Kilka minut później byliśmy na miejscu. Chłopak zaparkował w tym samym miejscu co dzień wcześniej. Przejechał dłonią wzdłuż żuchwy.
-Wstąpisz na herbatę? - zaproponowałam.
-Nie, nie... Jest już późno, na pewno chcesz ochłonąć po tym wszystkim.
-No chodź - złapałam go za rękę.
-Shawty...
-Proszę - zrobiłam minę szczeniaczka - Muszę się przebrać, żeby oddać ci kurtkę, a nie zrobię tego tu, bo sąsiedzi mnie obgadają.
Chłopak zaczął się śmiać. Wyciągnął klucz ze stacyjki.
-Jestem ciekawy, jakie masz jeszcze argumenty w zanadrzu.
Wysiedliśmy z samochodu, a Justin zamknął go. Ruszyliśmy do kamienicy. Weszliśmy na trzecie piętro. Wyjęłam z torebki klucze i otworzyłam drzwi do mieszkania. Stojąc w maleńkim przedpokoju, zapaliłam światło. Szatyn trzasnął drzwiami.
-Rozgość się - powiedziałam ściągając buty.
Poszłam do kuchni i włączyłam czajnik pełen wody. Wyciągnęłam z szafki 2 kolorowe kubki i wrzuciłam do nich po torebce herbaty. Justin w tym czasie poszedł do pokoju. Usiadł grzecznie na kanapie i rozglądał się po pomieszczeniu bez słowa.

2 komentarze: