środa, 19 czerwca 2013

11

Tak jak Justin chciał, wyszłam o 20.00 na przystanek, z którego zawsze wyjeżdżałam do pracy i na uczelnię. Byłam zła i miałam wyrzuty sumienia. Okłamałam ją. Moją najlepszą przyjaciółkę. A to wszystkiego przez NIEGO. A ja jak głupia stałam i czekałam aż przyjedzie się ze mną zobaczyć. Chciałam mu z całego serca wygarnąć. Rzeczą, której Briana najbardziej nienawidzi jest kłamstwo. A ona wie, kiedy kłamię. Wyczuwa to w moim głosie, w postawie, w zachowaniu.
Po jakichś 10 minutach czekania byłam zdenerwowana jeszcze bardziej. Już miałam wracać do domu, bo tylko niepotrzebnie marzłam stojąc pod daszkiem, aby uniknąć deszczu; gdy zza zakrętu wyjechało złote Bugatti. Szczena opadła mi aż do ziemi. Zawsze chciałam mieć Bugatti, tylko białe. Zazdrość chciała mnie wypalić od środka.
Auto z piskiem opon zatrzymało się na przystanku. Przyciemniana szyba od strony pasażera uchyliła się. Moim oczom ukazał się Justin siedzący za kierownicą. Zazdrość zmieszała się ze złością. To wybuchowa mieszanka... Szczególnie w moim przypadku. Chłopak uśmiechnął się ukazując śnieżnobiałe zęby. Nie gasił silna, czekał aż wsiądę do samochodu. Ja tylko stałam otulona własnymi ramionami i wpatrywałam się w maskę Bugatti z chęcią posiadania.
-Caroline! Wsiadasz?
Nie odezwałam się. Uniosłam lekko głowę udając, że nie słyszę nikogo ani niczego.
ODDAJ. MI. SAMOCHÓD.
Justin wysiadł z Bugatti. Uderzyła go fala zimnego deszczu. Podbiegł do mnie. Przeczesał palcami włosy. 

-Chodź Caroline, zmarzniesz.

Spojrzałam na niego z żądzą mordu. Zacisnęłam zęby. Szatyn uniósł brwi pytająco. Najwyraźniej nie wiedział, o co mi chodzi.
Jednak byłam ciekawa, czego chciał. Wsiadłam do auta. Rozejrzałam się po nim. To było jak marzenie, które spełniło się komuś innemu. Kremowa skóra była tak wygodna jak sobie wyobrażałam, a drewniane obicia błyszczały. Przymknęłam oczy i oparłam plecy o fotel. Westchnęłam uśmiechając się pod nosem. Pomruk silnika działał na mnie kojąco. Justin wsiadł do Bugatti. Na całe szczęście, nie mógł zbytnio trzasnąć drzwiami, które otwierały się do góry. Miałam ochotę zostać w tym samochodzie do końca świata. Uchyliłam lekko powieki. Fotele były bardziej miękkie niż moje własne łóżko.
-Haaaalo, słuchasz mnie? - usłyszałam głos chłopaka.
Potrząsnęłam głową. Najwyraźniej mówił do mnie już od jakiegoś czasu. Odwróciłam się do niego, a złość powróciła do mnie.
-Mów - burknęłam.
Przewrócił oczami wyraźnie zirytowany powtarzaniem tego samego po raz kolejny.
-Przepraszam, że się spóźniłem.
-O... Nic nie szkodzi... Bardziej zastanawia mnie, dlaczego do kurwy nędzy powiedziałeś Brianie, że chcesz się ze mną spotkać.
Zmarszczył brwi. Wpatrywał się w moją twarz.
-Nie lubię, gdy dziewczyna przeklina.
-Będziesz się musiał przyzwyczaić kochanieńki - ponownie skrzyżowała ręce - No?
-Jechałem do ciebie, żebyśmy mogli się spotkać już wcześniej, ale zauważyłem ją; najwidoczniej szła do ciebie, więc uznałem, że lepiej będzie jeśli nie wparuję ci nagle do mieszkania. Po prostu kazałem jej powiedzieć, że chcę cię zobaczyć.
-Tak, tak... Wszystko pięknie, ładnie - wycedziłam - Szkoda tylko, że Briana jest ciekawska i zaczęła o wszystko wypytywać.
Justin wyglądał na lekko zaniepokojonego. Zaczął bawić się sznurkiem przy siwej bluzie.
-Co jej powiedziałaś?
-Nic. Powiedziałam, że cię nie znam, a ona wie, że skłamałam. Wszystko przez ciebie! - dźgnęłam go palcem w klatkę piersiową.
Zagryzłam wargę. Bałam się, że Bria nie wybaczy mi. Oczy zaczęły mnie piec. Nie mogłam jej stracić.
-Nie pomyślałem o tym - spuścił głowę - Przepraszam.
Miałam nadzieję, że czuł się winny. Chciałam własnoręcznie przestrzelić mu łeb jego pistoletem, o ile miał go ze sobą. Wiedziałam, że moje oczy wtedy były zaszklone, bo czułam w nich łzy. Byłam załamana. Justin spojrzał na mnie.
-Hej, nie płacz shawty - odezwał się z troską.
Odwróciłam głowę, żeby uniknąć jego wzroku. Jestem słaba, rozczulam się byle czym. Usłyszałam westchnięcie szatyna. Objął mnie ramionami i przytulił do siebie. Łza spłynęła po moim policzku. Justin odgarnął palcami grzywkę z moich oczu.
-Nie płacz - szepnął mi do ucha - Przepraszam, naprawdę przepraszam. To moja wina, wiem.
Osiągnęłam swój cel - przyznał się do winy. Czułam satysfakcję. Chłopak schował głowę w zagłębieniu mojej szyi. Po chwili spojrzał w moje oczy spojrzeniem proszącym o wybaczenie. Otarł moją łzę. Wiedział, że nie da rady tego naprawić, bo skomplikowałby sytuację jeszcze bardziej. Pociągnęłam nosem i wyprostowałam się.
-Gniewasz się na mnie, prawda? - odparł z goryczą.
-Tak.
Przytulił mnie jeszcze mocniej. Ulżyło mi odrobinę. Ciało Justina ogrzewało mnie.
-Dlaczego chciałeś się spotkać?
-Pojedziemy na Bay Street.
Spojrzałam na niego z niepokojem. Nazwa tej ulicy przywodziła mi na myśl złe wspomnienia.
-Po co? - wydusiłam.
-Jedziemy do Bay Gang. Policzę się z nimi za wczoraj - syknął - Chcę, żebyś to widziała.
Przełknęłam ślinę. Nie chciałam tam jechać i patrzeć na nich, w szczególności na Andre. Mimo, że byłam z Justinem, przy którym czułam się bezpiecznie, nie miałam ochoty tam przebywać. Jednak zanim zdążyłam zaprotestować szatyn był już w drodze do miejsca, którego szczerze nienawidziłam.
Droga minęła zbyt szybko jak dla mnie. W środku protestowałam, ale nie odezwałam się. Chłopak zaparkował pod domkiem "schowanym" za blokowiskiem. W ciemnej uliczce, przy braku lamp i o późnej porze zdawał się być mroczny, ponieważ w miejscu, gdzie były drzwi nie wbudowano okien. Znajdowały się na innych ścianach. Justin zgasił silnik.
-Poczekaj tu - nakazał.
Właściwie, pasowało mi to. Byłam w samochodzie marzeń i nie musiałam iść do tego domu. Ale miałam zostać sama...
-Okej, ale zamknij mnie tu.
Szatyn zmarszczył brwi. Dla niego to było bez sensu.
-Proszę - dodałam szybko.
On tylko wzruszył ramionami i zatrzasnął drzwi. Nacisnął przycisk przy kluczykach, Bugatti wydało z siebie dźwięk i zamrugało lampami. Uśmiechnęłam się lekko do chłopaka. Teraz byłam bezpieczna.

~ ~ ~

Justin wszedł do domu. Rozejrzał się po słabo oświetlonym pomieszczeniu. Czasami nie chciało mu się wierzyć, że 12 facetów potrafi się zmieścić w tak małym kwadracie... Zjechał ręką na wysokość pasa, by upewnić się, że zabrał pistolet. Praktycznie nigdy nie zostawiał go w domu lub w samochodzie, ale zawsze sprawdzał. Zawsze mógł mu się przydać. Co prawda, nigdy nikogo nie postrzelił, bo nie miał serca, ale to była idealna rzecz, którą mógł straszyć. Gdy strzelał to tylko w powietrze bądź po ścianach. Raz zastrzelił kaczkę - miał wyrzuty sumienia przez tydzień. To było żywe stworzenie, którego pozbawił daru od Boga. Zawsze wiedział, że nie nadaje się do tej roboty, ale nie chciał odejść. Nie miał wykształcenia, perspektyw na dalsze życie, a jako jeden z lepszych windykatorów Biggiego - sławnego bossa z Toronto - zarabiał bardzo dobrze. Jednak, gdyby przyszło mu zabić człowieka nie dałby rady. 
Dom gangu, któremu dał "pracę" w postaci rozbojów, co nie przynosiło zbyt dużych korzyści był tak ubogi jak członkowie bandy. Na początku było świetnie - kradli co popadnie. Ale, gdy policja zaczęła się interesować ciągłymi napadami Justin nakazał im działać bardziej dyskretnie. Nie raz ratował ich z rąk policji tłumacząc, że nie mieli na chleb. Kiedy to nie działało, po prostu płacił odpowiednią sumę policjantom i Bay Gang znów był wolny. 
Gdyby nie Justin, wielu z chłopaków nie miałoby za co żyć. Nie oczekiwał od nich zapłaty - pieniędzy miał dość. Dawał im wsparcie, radził, czasami ratował z opresji. Wyszedł z inicjatywą założenia bandy i starał się ich kontrolować. Gdyby wyszło kim on jest, kłopoty miałoby wiele więcej ludzi. 
Zza drewnianych drzwi wyłonił się jedyny członek Bay Gang, który był równie czarny co pomieszczenie. Uśmiechnął się blado. Chyba tylko on nigdy nie podpadł Justinowi... Nie było za co go ukarać.
-Siema Kenny - szatyn przywitał się - Gdzie reszta?
-Na tyłach - czarnoskóry wskazał na drzwi, przez które wszedł do pomieszczenia.
Justin kiwnął głową i ruszył poszedł do jeszcze mniejszego pomieszczenia. Tam przy stole siedziało kilku facetów i grało w karty przy słabym świetle lampki. Gdy spostrzegli szatyna wszyscy wstali. Wiedzieli, że jego wyraz twarzy nie zapowiada niczego dobrego.
-Jak się bawicie chłopcy? - spytał wysokim głosem - Nie brakuje wam tu może jakieś laski, co? Andre?
Spojrzał na bruneta. Andre wcale nie był głupi. Od razu wiedział, co Justin mial na myśli. Nie odezwał się jednak. Wiedział, że słowa mogą obrócić się przeciwko niemu.
Wspomnienie Caroline z poprzedniego wieczora doprowadzało Justina do szału. Zacisnął mocno szczękę i przejechał dłonią wzdłuż żuchwy.
-Idziemy - syknął do Andre.
-Dokąd?
Szatyn złapał go za koszulkę i wyprowadził z domu na oczach bandy. Rzucił nim o maskę Bugatti. Wyciągnął pistolet i wycelował w niego.

~ ~ ~

Zszokowana wpatrywałam się w bruneta przede mną. Mimo, że byłam zamknięta bałam się nawet jego widoku. Uniósł lekko głowę i napotkał moje spojrzenie. Zatrzęsłam się przygryzając wnętrze policzka. Z nosa Andre leciała strużka krwi. Justin otworzył Bugatti i ruchem warg nakazał mi wyjść. Nie chciałam tego. Ale wiedziałam, że dopóki ma pistolet jestem bezpieczna. Otworzyłam drzwi. Ręka trzęsła mi się jakbym wypiła conajmniej litr wódki. Wciągnęłam mocno powietrze nosem. Wysiadłam i odeszłam kawałek od samochodu. 
-Poznajesz tą panią? - syknął Justin.
Brunet nie odezwał się słowem.
-Pytam, czy ją poznajesz! - krzyknął.
-Poznaję...
Kiedy usłyszałam jego głos przełknęłam ślinę. Miałam ochotę uciekać stamtąd jak najszybciej. 
-A więc, pewnie pamiętasz też, że chciałeś ją skrzywdzić. Wstań!
Andre wzdrygnął się i odwrócił do Justina. W tym czasie z domu zdążyła wyjść cała banda. Przyglądali się nie chcąc nic mówić. 
-Teraz grzecznie powleczesz się do niej na kolanach i będziesz błagał o przebaczenie, jasne? 
Brunet zacisnął zęby. Nie chciał płaszczyć się przede mną. Jego duma nie pozwalała na to.
-Nie - mruknął cicho.
-Co powiedziałeś? - szatyn zmrużył oczy.
Był wściekły. Nienawidził, gdy ktoś mu się sprzeciwiał. Jego tęczówki były ciemne i pełne złości.
-Powiedziałem: nie - powtórzył Andre z głupawym uśmieszkiem.
Justin złapał go za tył głowy i zręcznym ruchem uderzył nim o ziemię. Otworzyłam lekko usta. Brunet kaszlnął kilka razy i chwiejąc się, podniósł na nogi. Szatyn wskazał palcem na mnie. Andre opadł na kolana z hukiem i zbliżył się do mnie. Odskoczyłam zręcznie. 
-Nie, nie! - pisnęłam.
To było za blisko jak dla mnie. "Przykleiłam się" do drzwi Bugatti. Ze strachu moje oczy zaczęły ronić łzy. Zaszlochałam cicho. 
-Caroline - Justin podszedł do mnie - Spokojnie. Jestem tutaj.
Złapał moją dłoń. Brunet doczołgał się do mnie. Wtuliłam się w Justina przerażona patrząc na Andre. On zagryzając wargi spojrzał na mnie.
-Przepraszam. Za wszystkoo co zrobiłem i chciałem zrobić - złapał moją nogę, ale, gdy zaczęłam piszczeć puścił ją - Wybaczysz mi?
Czy wybaczę?
I oto było pytanie. On chciał mnie zgwałcić, przebaczenie nie było taką prostą sprawą. Nie wiedziałam co mam zrobić. Justin pogłaskał mnie po włosach dodając mi otuchy. Kiwnęłam szybko głową. Andre odszedł i odetchnął z ulgą. Otarłam łzy dłonią. 
Usłyszeliśmy czyjeś kroki. Ktoś zbliżał się do nas coraz szybciej. Po chwili mogliśmy zobaczyć ciemną postać chłopaka z plecakiem. Podszedł do nas i rozejrzał się zdziwiony.
-Co tu się wyprawia? - spytał - Nie ma mnie dwa dni i już afera?!
Napotkał na swojej drodze moje spojrzenie. Mimo, że było dość ciemno widziałam, że był niesamowicie przystojny. Miał kruczoczarne włosy, był wysoki i dobrze zbudowany. Na oko był w moim wieku. Przygryzłam wargę.
Czemu nie spotkaliśmy się wcześniej?
Zaprałam ręce z pleców Justina i stanęłam wyprostowana. Andre wycierał krew z twarzy chusteczką.

-Czemu jesteś we krwi? - zapytał nowoprzybyły.
-Bo chciał skrzywdzić tą dziewczynę - warknął Justin.
Brunet teatralnie uderzył się w czoło dłonią. Zaśmiałam się pod nosem.
-Jesteś starszy, a głupszy! - uderzył Andre plecakiem.
-Daj spokój Charlie...
A więc tak miał na imię. Przyglądałam mu się na nowo. Jeśli mam być szczera, to spodobał mi się. Odwrócił się do mnie.
-Przepraszam za niego - powiedział - Czasami mam wrażenie, że mój brat jest niespełna rozumu...
Uśmiechnęłam się do niego lekko. Więc byli braćmi? Nie powiedziałabym...
-Jestem Charlie - podał mi dłoń.
-Caroline - uścisnęłam ją.
Chłopak przewiercał mnie wzrokiem. Stał nieruchomo, niczym zahipnotyzowany. Okej, robiło mi się gorąco. Justin zauważył coś między nami, co go zaniepokoiło. Otworzył Bugatti.
-Chodź shawty, już późno.
Kiwnęłam głową. Ostatni raz rzuciłam spojrzenie Charliemu i wsiadłam do auta.

________________________________
Zaskoczeni? :D
Jak wam się podoba? Piszcie w komentarzach, one bardzo mnie motywują. :) A, i polecam czytać opowiadanie z Soundtrackiem.
Kochani, zapraszam na mojego nowego bloga Where's She?. Na razie jest prolog.
xoxo.

2 komentarze:

  1. Ale ja nie chce być z tym chłopakiem ... Ja chcę Justina ! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. fajny rozdzial.. ciekawi mnie tylko czy Caroline spotka sie jeszcze kiedys z Charliem .. xd

    OdpowiedzUsuń