piątek, 30 sierpnia 2013

16

Brązowy Range Rover zaparkował pod dużym budynkiem z czerwonej cegły. Rozejrzałam się dookoła. Nikogo nie było w pobliżu. Wysiedliśmy z samochodu. Justin skierował się do drzwi budynku, ja szłam tuż za nim. Weszliśmy do środka. Usłyszałam kilka strzałów. Skuliłam się przestraszona.
-Gdzie jesteśmy? - spytałam.
Justin zaśmiał się cicho. Najwyraźniej według niego byłam kretynką, bo wystarczyło spojrzeć w lewo, żeby zobaczyć, że byliśmy na strzelnicy. Zacisnęłam usta.
-Yyy, to znaczy... - próbowałam się poprawić - Po co tu jesteśmy?
-A po co ludzie chodzą na strzelnicę? - odwrócił głowę do mnie.
-Strzelać?
-Dokładnie.
To chyba logiczne, idiotko.
Wypuściłam powietrze ustami. Opatuliłam się ramionami i podeszłam do szatyna stojącego przy ladzie z marmuru. Nawet przy słabym oświetleniu lśniła z daleka.
Ciągłe dźwięki strzałów przyprawiały mnie o dreszcze... Justin ruszył na lewo w stronę jednego z pomieszczeń. Zabrał ode mnie płaszcz i powiesił na wieszaku przy drzwiach.
-Chciałeś mi pokazać strzelnicę? Suuuper - wywróciłam oczami.
Chłopak zaśmiał się.
-Skoro potrafisz trzymać pistolet, zobaczymy jak strzelasz.
Skąd przyszło mu na myśl coś takiego?! Rzucił mi broń niewiele różniąco się od tej, którą miałam w rękach jeszcze godzinę wcześniej. Złapałam ją niezręcznie prawie dostając zawału, że wystrzeli. Justin podał mi słuchawki i wielkie okulary. Założyłam je uważając na pistolet.
Przed nami pojawiły się postacie wycięte z kartonu. Miały na sobie namalowaną czarną tarczę. Przyjrzałam się Justinowi. Trzymał broń oburącz i przystawił ją do oka namierzając cel. Starałam się ustawić podobnie.
Chłopak strzelił trafiając w środek jednej z tarcz.
Wycelowałam pistolet w jedną postać. Drżącą ręką nacisnęłam spust. Zamiast w tarczę trafiłam w głowę kartonu. Szatyn zaśmiał się. Opuściłam pistolet zbulwersowana.
Justin podszedł do mnie. Złapał moje dłonie i trzymał broń w odpowiedniej pozycji.
-Nie zginaj rąk - wymruczał przy moim uchu - Trzymaj je tak jak teraz.
Przełknęłam ślinę. Na moim karku wyskoczyła gęsia skórka.
-A teraz naciśnij na spust.
Zrobiłam to, co kazał. Udało mi się trafić w tarczę. Co prawda nie w sam środek, ale przynajmniej nie poza nią. Uśmiechnęłam się lekko do siebie.
-Świetnie - Justin przejechał dwoma palcami po mojej szyi.
Wstrzymałam oddech. Musnął ustami mój policzek.
Jak to jest, że nigdy nie potrafię go powstrzymać? I samej siebie w sumie też...
Spędziliśmy na strzelnicy jeszcze jakieś pół godziny. W tym czasie dochodziłam do wprawy w strzelaniu. Szło mi całkiem nieźle i to bez pomocy Justina.
Potem wyszliśmy z budynku. Byłam przekonana, że chłopak odwiezie mnie do domu. On jednak skierował się w stronę Bay Street.

***

Wysiedliśmy z samochodu. Stałam przed znanym mi już domkiem. Jego drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Wyłonił się zza nich czarnoskóry, młody mężczyzna. Jego też widziałam już wcześniej.
-Gdzie reszta? - zapytał Justin.
-W środku, zajęci.
Oparłam się o maskę Range Rovera. Szatyn westchnął i przejechał dłonią wzdłuż żuchwy. Ruszył w stronę drzwi do domu.
-Zostań z nią - rzucił czarnoskóremu i wszedł do domu.
Ten skniął głową. Podszedł do mnie i stanął w tej samej pozycji. Wbił we mnie swój wzrok. Zmarszczyłam brwi pytająco.
-Caroline, tak? - upewnił się.
Uśmiechnęłam się blado na potwierdzenie.
-Ja jestem Kenny - odwzajemnił gest.
-Miło poznać - mruknęłam.
-Nie boisz się tu przyjeżdżać? No wiesz, po tej sytuacji z Andre...
-Nie chcę tego pamiętać - przerwałam mu zamykając oczy.
-O, przepraszam... - odparł.
Spuścił głowę nie wiedząc co powiedzieć.
-Jeśli mogę zapytać... Jak poznałaś Justina? Nie wyglądasz na dziewczynę, która siedzi w interesach Biggiego.
-Spotkaliśmy się gdzieś... - próbowałam wymyślić coś wiarygodnego - Gdzieś w klubie, tak. Kto to ten Biggie?
-Mnie nie musisz mydlić oczu. Ale jeśli nie chcesz powiedzieć, okej. Biggie to szef Justina. Kiedyś też pracowałem dla niego. Jest bossem jednego z większych gangów w Toronto. I, dla twojego dobra, raczej nie powinnaś się mieszać w sprawy związane z nim.
Już chciałam spytać "dlaczego", ale z domu wyszedł Justin, a za nim reszta chłopaków. Na szarym końcu zauważyłam Charliego. Uśmiechnęłam się do niego lekko.
Justin podszedł do mnie i szybkim ruchem wyciągnął swój pistolet. Przestraszyłam się. Otworzyłam lekko usta. Podał mi go. Niepewnie wzięłam go w dłoń, nie wiedząc, o co chodzi.
-Przyjrzyjcie się uważnie - zwrócił się do gangu.
Przeprowadził mnie kilka kroków do przodu i odwrócił w prawo. Zauważyłam śmietnik z kilkoma butelkami po alkoholu postawionymi na jego klapie. Wzdrygnęłam się.
-A teraz ta śliczna pani zestrzeli wszystkie butelki, które tam widzicie - dodał po chwili szatyn.
Spojrzałam na niego. Pokręciłam głową. Było ciemno, a ja miałam strzelać z jego pistoletu. PRAWDZIWEGO PISTOLETU.
Boże, czy i tym razem robisz osbie ze mnie jaja?
-Dawaj, - szepnął Justin - tak jak na strzelnicy. To nic trudnego shawty.

Mocno wciągnęłam powietrze nosem. Chwyciłam broń obiema dłońmi; przybrałam odpowiednią pozycję. Wycelowałam w jedną z butelek. Niepewnie nacisnęłam na spust i zacisnęłam powieki. Usłyszałam głośny strzał, a potem dźwięk tłuczonego szkła. Kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam resztki jednej z butelek pod kontenerem.
Z większą pewnością siebie i otwartymi oczami zestrzeliłam kolejną butelkę. I kolejną.
To było jak moja walka z nałogiem. Zbijałam butelki, tylko puste. Myśl, że unicestwiłam wroga sprawiała, że miałam ochotę się śmiać. I wiecie co? Spodobało mi się. To chore...
Justin z szerokim uśmiechem wziął ode mnie pistolet i schował. Objął mnie ramieniem. Byłam z siebie tak cholernie dumna.
-I co? - odezwał się Justin - Co myślicie?
-Ostatni raz widziałem, żeby ktoś kto zaczyna tak dobrze strzelał po ciemku, kiedy jeszcze nie zabrałeś mi klamki - odezwał się Andre.
Skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na mnie z uznaniem. Uniosłam lekko podbródek. Uśmiechnęłam się półgębkiem.
-Nada się - dodał w końcu brunet.
-Co? - wyrwało mi się.
-Caroline, nie jest ci czasami potrzebne parę groszy na boku? - Justin zabrał swoje ramię.
-Nie.
-Jesteś pewna? Masz zamiar spłacić rodziców ze swojej marnej pensji? - zaśmiał się perfidnie.
A to skurwysyn... 
-Ktoś taki jak ty bardzo by się nam przydał - Andre podszedł kilka kroków do mnie.

Nie był zbyt blisko. Zdawał sobie sprawę, że dalej pamiętałam o tym, co chciał zrobić.
-Po co wam dziewczyna w gangu?
-Uwierz mi, że czasem się przydaje... Szczególnie, gdy strzela tak jak ty.
Spojrzałam mu w oczy. Razem z Justinem planowali wciągnąć mnie do gangu. W dodatku ten kretyn wykorzystał przeciwko mnie fakt, że chciałam spłacić dług rodziców. To raczej nie było 'nie mieszanie się w sprawy związane z Bieggiem'...
-To jak? - Andre wyciągnął rękę w moim kierunku.
Przygryzłam wnętrze policzka. Justin patrzył na mnie wyczekująco. Uścisnęłam dłoń bruneta, a on z uśmiechem potrząsnął nimi.
W co ty się znowu pakujesz, idiotko?

_______________________________________________

Czytacie to jeszcze w ogóle? Bo komentarzy 0, nie wiem czy się wam podoba ani nic... ;p Chciałabym, żebyście komentowali, bo wasza opinia jest dla mnie bardzo ważna. Można komentować również anonimowo. To zajmuje wam tylko kilka chwil.

4 komentarze:

  1. Kufa Karolina w gangu *...* Ale czady !! Szkoda ze tylko w tym opowiadaniu xD

    OdpowiedzUsuń
  2. No a nie?! Czekam z nircierpliwoscia na kolejne. Ile planujesz jeszcze rozdzialow?

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem, zobaczymy ile mi wyjdzie. ;) Ale prawdopodobnie ponad 40.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uuu kocham to czytac !
    Nie moge doczekac sie nexta!! ;★

    OdpowiedzUsuń