Weszłam cicho i na palcach niczym kot do salonu. Spojrzałam w bok. Szok.
Moja mama leżała na kanapie... związana sznurem. Usta miała zaklejone taśmą. Otworzyłam lekko usta. Mama spojrzała na mnie, a jej źrenice się rozszerzyły. Przełknęłam ślinę.
Co tu się do cholery dzieję?!
Rzuciłam głupią, wredną miotłę na podłogę i podeszłam do mamy. Nachyliłam się nad nią zerwłam taśmę z jej ust. To musiało boleć...
-Boże, mamo, co się stało?! - powiedziałam.
-Caroline, to... - przerwała.
Zamarła w jednej chwili. Ja z natury niecierpliwa chciałam wyjaśnień. Już. TERAZ.
-Co? - zmarszczyłam brwi - O co chodzi?
Usłyszałam za sobą dźwięk metalu. Taki jak się słyszy w filmach. Spojrzałam tępo przed siebie. Co do...
Mamie napłynęły łzy do oczu. Zwróciłam swój wzrok na nią. Teraz to wyjaśnienia serio by się przydały...
-Wstań! - usłyszałam za sobą męski głos.
Przełknęłam ślinę. Oczywiście wstałam, bo co miałam zrobić? Bardzo chciałam się odwrócić, ale strach mnie obleciał.
-Nie trzeba było wyrzucać tej miotły... - warknął głos.
Sama na to wpadłam geniuszu...
Gdy usłyszałam kolejny szczęk metalu serce podeszło mi do gardła. Kimkolwiek był ten ktoś za mną, miał pistolet i właśnie go przeładował.
-Odwróć się! - nakazał mi.
Posłusznie wypełniłam polecenie. Czułam się jak pies... Siad, leżeć! Dobra sunia! W nagrodę nie musisz spać w piwnicy.
Przede mną stał niewiele starszy ode mnie chłopak. Był cały ubrany na czarno. Miał mocno zaciśniętą szczękę, brązowe włosy postawione do góry. Ale moją uwagę najbardziej przykuły jego czekoladowe oczy. Pełne nienawiści oczy.
Chyba przestałam racjonalnie myśleć... Przez mój nieistniejący mózg przeszła myśl, że jest całkiem przystojny.
Ty idiotko! Jaja sobie robisz?!
Potrząsnęłam lekko głową, żeby wybić sobie z niej tą myśl.
Stał tam całkowicie wyprostowany, z kamienną twarzą i naładowanym pistoletem wycelowanym we mnie. Oblała mnie fala zimnego potu. No to już po mnie...
-Kim jesteś? - spytał chłopak.
-To moja córka, nie rób jej krzywdy! - wyrwała się moja mama.
-Zamknij się! - krzyknął szatyn i wycelował pistolet w moją mamę - Czy pytałem ciebie? Nie?! OTÓŻ TO!
Po raz kolejny przełknęłam ślinę. Niedługo mi jej zabraknie...
Miałam ochotę podlecieć to tej durnej miotły i walnąć nią tego kretyna. Nie będzie mi tu pistoletem celował w matkę!
Ale wtedy najpewniej bym zginęła, moja mama zresztą też... A takto pozostało nam jeszcze parę chwil życia...
Chłopak spojrzał na mnie. Świdrował mnie swoim spojrzeniem. Gdyby był prawdziwym świdrem, najpewniej miałabym już w brzuchu dziurę na wylot.
-Więc jesteś ich córką? - mruknął szatyn.
Niepewnie pokiwałam głową. On tylko zaśmiał się. I w dodatku rozłuźnił.
Moi rodzice mają córkę - no już dawno się tak nie uśmiałam...
Chłopak - dzięki Bogu - schował pistolet. Przejechał dłonią wzdłuż żuchwy.
-No i co ja mam teraz z tobą zrobić? - mówił jakby do siebie - Szkoda byłoby cię zabić...
Chyba nie zrozumiałam... Albo po prostu, mój mózg już całkowicie wysiadł.
-Dlaczego? - zapytałam prawie szeptem.
Cud, że w ogóle powiedziałam cokolwiek.
-O, umiesz mówić - szatyn uśmiechnął się półgębkiem.
No tak, zapomniałam, że jestem psem.
-Dlaczego? Bo jesteś cholernie seksowna.
Czułam, że się rumienię. Chce mnie zabić, ale uważa, że jestem seksowna. Super...
Chłopak jeszcze przez chwilę przyglądał się mnie. Następnie podszedł do mnie.
Poczułam zapach jego perfum. Ładne były, nie powiem... I zapewne cholernie drogie.
W sumie, to i tak bym ich nie kupiła, bo po co mi męskie perfumy?
Szatyn wyciągnął z kieszeni kawałek sznura.
-Odwróć się - nakazał.
Znowu zrobiłam co kazał. Tresura dziewcząt - tylko w domu u Baker'ów!
-Ręce - powiedział spokojnie.
Był tak blisko, że czułam na sobie jego oddech. Przeszedł mnie dreszcz. Wzięłam moje ręce na plecy, a chłopak zręcznie związał je sznurem. Moja mama przyglądała się całej tej scenie z niepokojem.
-Pójdziesz ze mną - zarządził szatyn.
Wetchnęłam cicho. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Zgodziłam się, bo co miałam zrobić?
Chłopak wyprowadził mnie z salonu. Przystanął na chwilę i odwrócił się do mojej mamy.
-Jeśli piśniesz słówko komukolwiek, twojej córeczce stanie się krzywda. Radzę ci trzymać gębę na kłódkę.
Weszliśmy do ganku. Szatyn ubrał mi byle jak buty, nie wiążąć ich nawet i zarzucił mi płaszczyk na ramiona. W końcu zebrałam się na odwagę i spytałam:
-Kim ty jesteś?
Staliśmy przy drzwiach frontowych. On zaśmiał się nade mną.
-Ja? - szepnął za moim uchem - Ja jestem Justin. I tyle powinno ci wystarczyć shawty.
Po tych słowach musnął mój kark i wyprowadził mnie z domu.
____________________________________
Pierwszy rozdział! :D I jak wam się podoba?
Geialne! Będę tu zaglądać i dodam do obserwowanych gdy będę na komputerze. Chcę już nowy. *- * To będzie wspaniałe opowiadanie. Czuję to! :)
OdpowiedzUsuń